poniedziałek, 19 listopada 2007

Tu Radio LAOS

To byla dluuuggaaa podroz. Rano zjedlismy szybkie sniadanie w naszym hoteliku. Poranej byl chlodny, pierwszy raz od wyjazdu poczulismy chlod, tzn trzeba bylo ubrac jakis sweterek i skarpety. Autobus do Luang Prabang mial byc miedzy 8.30 a 9.30. Kazdy mowil cos innego. Oczywiscie tlumy bialych turystow tez zmierzaly na dworzec autobusowy i razem z innymi udalismy sie tam miejscowym pickupem z ludzmi na pace. Wiekszosc jadacych miala juz bilety na bus kupione w miasteczku, my nie. A autobus tylko jeden. Ale szybko okazalo sie, ze dostalismy bilety na dworcu po normalnej cenie 7 $, taniej niz inni, ktorzy zaplacili troche prowizji. Autobus.... Hehe, jechalismy autobusem lokalnym, bagaze oczywiscie jada na dachu, my na szczescie w srodku. Jeszcze male zakupy na droge, dluuggi Paciez przed podroza i w droge...



Ola w tylnim oknie naszego luksusowego autobusu

Zostaly nam miejsca na samym koncu co przy dziurawych, nie do konca asfaltowanych laotanskich drogach zapowiadalo niezle skakanie, a ja tego nie lubie... Obok nas matka z brzydkim malym dzieckiem, ktore na dzien dobry zrobilo kupke co ewidentnie bylo czuc. Fajnie. Po jakims czasie kupka wywietrzala i bylo ok, za to mala laotanka nie wytrzymywala trudow podrozy i puscila malego pawika. A ze matka nie miala zadnego worka itp. zlapala pawika w reke i uwolnila go za okno (przepraszam nadwrazliwych).



Dobra jedziemy dalej. Kierowca okazal sie niesamowitym milosnikiem muzyki. Zainstalowal w autobusie co pare metrow glosniki, takie jakie my uzywamy w domach no i dawaj na full. Puscil laotanskie disco - pop co pomiedzy Beata Kozidrak, Papa Dance z dodatkami romantycznej muzyki instrumentalnej, podrecone na maksa coby zaden z pasazerow nie przeoczyl przypadkiem zadnego z dzwiekow. Ponad polowe pasazerow stanowili turysci wiec kazdy mial nadzieje, ze driver wreszcie wylaczy to rzepolenie (nie wiem jakie RZ/Z) i kazdy spogladal na glosnik wzrokiem chcacym zniweczyc to ustrojstwo ale muza hulala na calego. Jedziemy dalej... Postoj na toalete. Nikt sie nikim nie przejmuje i zalatwia potrzebe zaraz przy drodze. Kobiety kolo mezczyzn. Trzeba sie bylo dostosowac bo w Laosie jest bardzo duzo niewybuchow z czasow wojny i nie jest zalecane wchodzic glebiej w niepewny las. Kierowca kupil sobie na przekaske porcje kilku smazonych ... nietoperzy. A co nie wolno mu??? A ze nietoperze smakkowaly mu szczegolnie przy dobrej laotanskiej muzie - podkrecil ja na maxa. Juz powoli wszyscy swirowali. Nagle poploch w pojezdzie, okazalo sie ze jakis miejscowy dostal omdlenia. Pobiegl mu z pomoca nasz sasiad z tylu autobusu zwany 'smierdzielem', to chyba rodzina z omdlalym. Kierowca stanal na 10 sekund, spoliczkowali chorego i w droge. Gra muzyka. Postoj w Udom Xai, pokonalismy 110 km w 3 i pol godziny - jest niezle, do mety jeszcze 190 km. Postoj na dworcu trwal dlugo i wiekszosc pasazerow posilala sie w lokalnych skleconych z desek lokalach albo od ruchomych sprzedawcow pozywienia.



Dziecko od pawia wysiadlo, to znaczy ze 'smierdziel' obok ma 3 siedzenia dla siebie. Wywalil sie chlopina do spania, zrobil sobie kuszetke w autobusie a za poduszke sluzyl mu czyis plecak. Niestety nie byl za estetyczny, szczegolnie jego hhmmmm 'stopki' czym wprowadzal Ole w szal bo prawie ja dotykal. Ciagle gdzies dzwonil ze swojej przedpotopowej Noki i jechal niestety do konca...



'Smierdziel' w swojej pokazowej pozycji

Jedziemy dalej, nagle muzyka gasnie, cos sie dzieje. Zatrzymal na przydrozny patrol policji. Lezaly se chlopiny w rowie, rozleniwieni na maksa. Weszli do autobusu w swoich komunistycznych czapkach, porozgladali sie troche, sprawdzili laotanczykom dokumnty ('smierdziel' mial niestety). Jakas baba z naszego busa zwyzywala jednego z policjantow lezacego jak nieprzytomny w rowie. Ogolnie fajnie, nikt nie wie o co chodzi i kazdy przy oknie weszy sensacji. Jedziemy dalej, muza gra. Po drodze mineli nas biali turysci na rowerach. Szacunek dla nich, przyjechac do Azji na rowerze, trzeba miec zaparcie i silna wole. Kolejny postoj w jakiejs totalnie podrzednej wiosce. Tu spotkalismy stragan z pomaranczami, na ktorym to zwisalo jakies zwierze, chyba kot i na moje oko bylo ono... martwe. 'Smierdziel' podszedl, pociagnal za ogon i zero reakcji wiec chyba trup.



Odtad asfalt stal sie nieco lepszy i kierowca wreszcie mogl sie wykazac. Przez wioski pelne dzieci i zwierzat na ulicach mimo ograniczenia do 30 jechal tak na moje oko 100 - 120 km/h. Jeszcze caly czas trabil oznajmiajac, ze wlasnie nadjezdza i trzeba mu lepiej zejsc z drogi. Tak oto po prawie 9 godzinach pokonalismy 300 km i dotarlismy do pieknego miasteczka Luang Prabang, o ktorym to w kolejnym poscie.
Krotka refleksja na temat widokow za oknem. Krajobrazowo Laos jest przepiekny. Jechalismy przez gory z widokami na zbocza porosniete gesto lasami, co krok jakies rzeki, kaniony. Przyroda jest w bardzo malym stopniu tknieta przez czlowieka i na szczescie pozostaje bardzo dziewicza. Inny temat to wioski mijane po drodze. Tu naprawde czas sie zatrzymal kilkadziesiat jesli ni kilkaset lat wstecz. Troche to przygnebiajacy obraz ale tez zmuszajacy do refleksji i cieszenia sie i docenianai tego co sie ma. Jak to wyglada? 90 % wioskowych mieszka w slomiano - drewniano - trzcinowych chatkach. Podworka to zwykle piaszczyste klepiska, na ktorych bawia sie dziesiatki dzieciakow. Dzieci bawia sie kijkiem, kamieniem, popychaja sobie stara opone, skacza w gume, gonia sie, pluskaja w przydroznej sadzawce, w porywie bogactwa graja w pilke. Nie maja DVD, kolorowych rowerkow, adidasow itp. Objawem luksusu sa niepodarte ubraniam, jakikolwiek buty, stary rower itp ich bogactwa. Dorosli pracuja w polu i nosza wszystkie skarby ziemi na wlasnych plecach. Mechanizacja tu jeszcze nie dotarla. Ja jedna wioske przypada moze jeden pojazd przypominajacy trakor, sluzacy tez jako lokalny srodek transportu.



Laotanski URSUS



Typowy sklep ogolnotowarowy

Luksusem wsrod doroslych jest chyba telewizor. Prze 'domem' stoi zwykle wielka antena satelitarna, okno na swiat dla nich. Nie maja tez pewnie takiej jak my kuchni w domu bo wieczorem widac bylo palace sie ogniska i na nich przygotowywano kolacje. Do tego brak ubikacji i publiczne mycie sie na dworze przy kranie, sluzacym tez jako pralka. Smutny to obraz ale ludzie ci mimo to wygladaja na zadowolonych z zycia. Moze nie zdaja sobie sprawy jak zyjemy 'my'. A moze nie chca sobie zdawac sprawy... Daje do myslenia.

2 komentarze:

darsik pisze...

Ech, laotańskie drogi to prawdziwa przygoda. Jak jeszcze ma się możliwość pogadać z jakimś tubylcem na temat tutejszego życia ... Spotkałem takiego, który znał rosyjski. To jak zrobić wywiad z kosmitą :-) Ostatecznie jednak okazuje się, że problemy mają te same co my.

Magda pisze...

dawno sie tak dobrze nie bawilam czytajac relacje z podrozy. podoba mi sie wasze poczucie humoru. oby tak dalej ! :)