czwartek, 29 listopada 2007

Podroz z tytoniem, ryzem, weglem czyli Lao Bus

Rano jak zwykle nie chcialo nam sie wstac bo do rannych ptaszkow nie nalezymy. Poszlismy na szybkie sniadanie do naszej ulubionej knajpki nad rzeka. Dolaczyli do nas nasi wczesniej poznani znajomi, ktorzy z ogronymi kacami na nowo wracali do zycia. Tego dnia mieli tak jak my wczoraj plynac na Don Det i zostac tam na kilka dni. Smialismy sie, ze tam nie wytrzezwieja chyba nigdy. Mamy nadzieje, ze dobrze sie bawili.
Przy sniadaniu zaczepil nas jeden jegomosc i zaproponowal podroz autobusem do Pakse. Zgodzilismy sie i poszlismy po swoje bagaze. Jakiez bylo nasze zdziwienie, kiedy to przy wyjsciu z g/h jego wlascicielka zarzadala zaplaty za pierwsza noc. Ponoc nie pamietala by jej placilismy, za to my dokladnie pamietalismy ze tak! Po naszym krotkim stwierdzeniu ze nie zamierzamy za nic dwa razy placic i to nie nasz wina ze Madame nie zapsuje swoich przychodow. Glupie, stare babsko popsulo nam na jakis czas humory. Pobieglismy do autobusu i tu kolejne zaskoczenie bo autobus byl juz pelen miejscowych a miejscami dla nas byly plastikowe taborety, ktore to rozklada sie w przejsciu miedzy fotelami. Razem z innymi bialymi nie mielismy wyjscia jak rozsiasc sie wygodnie pomiedzy workami z ryzem i kokosami. Tomek wraz z naszym nowo poznanym kolega z Nowej Zelandii - Simonem , dzielili tylnia kanape z 20 slomianymi koszami z tytoniem. Obok mnie laotanska para z dwojka dzieci. Tata na kolanach mial starszego a mama niemowlaka przyssanego do piersi.


Rozbawieni cala sytuacja postanowilismy dzielnie znosic trudy podrozy. W miare przybywajacych kilometrow przybywalo tez ludzi ( miejsca siedzace na taboretach) i wszelkiego rodzaju towarow - worki z ryzem, worki z kapusta i salata, motocykl a na koniec kilka worow w weglem drzewnym. Okolo 30 km od Pakse autobus pozbyl sie nieco dobr z wnetrza wiec Tomek i Simon mieli wreszcie cala kanape dla siebie. Pomagali nawet przy wyladunku tytoniu czym rozbawili caly autobus i pasazerowie wolali FALANG, FALANG co oznacza obcokrajowca. W nagrode dostali jakas szmate, ktora mogli przetrzec swoje siedzenie.


Poniewaz Simon tak jak my tego dnia chcial dostac do Savanekhet postanowilismy trzymac sie razem i dzielic koszty podrozy. Za jego namowa trafilismy do knajpki Delta Cafe, ktora jest prowadzona przez pare Australijczykow i podobno serwuje najlepsza kawe w Pakse. Kawa i jedzenie rzeczywiscie sa przepyszne. Czas naglil wiec zlapalismy kolejnego tuk-tuka i po krotkich negocjacjach trafilismy na dworzez polnocy w Pakse.


Na dworcu poludniowym panuje zupelne szlenstwo a tu cicho i spokojnie. Zwatplismy czy oby jestesmy we wlasciwym miejscu, ale kiedy w koncu kupilimy bilety naszym jedynym zmartwieniem bylo jedynie o ktorej bedzie autobus. Na szczescie nie czekalismy dlugo. Autobus choc nie najnowszy byl duzy i przestronny i mial tylko kilku pasazerow wiec podroz do Savanekhet byla nieuciazliwa. Na miejsce dojechalismy juz po zmroku. Dosyc szybko znalezlismy nocleg, troszke taki podupadly ale na jedna noc obleci. Zalatwilismy tez bilety na kolejny dzien do Wietnamu, kolacja i spanie.

Migawki z Savanakhet


Brak komentarzy: