sobota, 22 grudnia 2007
Wiesci z Polski
Pora wracac na stare smieci

To zdjecie zegara odmierzajacego czas do igrzysk w Pekinie z pazdziernika...
... a to ten sam zegar juz w grudniu, jak widac minelo prawie 64 dni. Za malo....
Polski akcent na lotnisku, my to som doslownie wszedzie
Jacek Chan - lokalny Marek Kondrat
Pomnik kropli rosy
W kolejce do samolotu spotkalismy mloda pare z Polski, ktora z tajemniczego na ta chwile powodu musiala wracac do domu z Japoni. Pogadalismy troche, jeszcze maly poslizg z odlotem i fru do domu. Caly lot minal przez noc wiec po krotkim posilku i obejrzeniu filmu 'Evan wszechmogacy' udalismy sie na zasluzony sen. Fajna sprawa w samolocie byla mapka z nasza aktualny pozycja. Kurde dziwne wrazenie, siedzisz w metalowej tubie, za oknem ciemnosci, teoretycznie nic sie nie dzieje a tu ta tuba pedzi ponad 800 km/h, 12 km nad ziemie a za oknem -65 st C, a do tego swiadomosc, ze pod nami np Mongolia, cala Syberia, St Petersburg. Jak sie tak leci to ciezko uwierzyc w to co pokazuje mapka, mialem mysli typu "taa, akurat, nie wierze ze podemna Mongolia". A jakbysmy tak musieli z jakiegos powodu awaryjnie ladowac??? Kurde, kolejny kraj by wpadl do kolekcji. Ale szczesliwie wyladowalismy w Londynie, ja w koszulce a tu zima!!! I co ciekawe chyba padlo ogrzewanie na lotnisku bo bylo kolo zera i ludzie w kozuchach i pelnym ekwipunku zimowym. Jeszcze tylko udzielilem milej pani z obslugi wywiadu na temat mojej opini o terminalu. Wystawilem ocene ogolna 4 chociaz na zen chlod powinno byc 1! Polacy poznani w Hong Kongu kupili na miejscu za nasza namowa bilet na ten sam lot do Wroclawia co my. Zdobylem sie na odwage i zapytalem ich co ich sklonilo do tak naglego powrotu do kraju. Zaryzykowalem troche bo balem sie, ze ktos im umarl czy cos w tym stylu. Ale jeszcze raz sie okazalo, ze zycie plata niespodziewane figle. Otoz ci oto mlodzi ludzie, zaplanowali sobie 5 lat zycia, tyle mianowicie planowali podrozowac po swiecie. Zalozenie imponujace i godne podziwu. W lipcu wyruszyli z Polski i na ROWERACH!!! przez cala Rosje dojechali do Chin - SZACUNEK. Ale jakos dziewczyna sie srednio czula i po wizycie u lekarza okazalo sie, ze jest..... w ciazy. Tak, wszystko jest Made in China, dzieci tez. I nie majac wyboru, z dnia na dzien zdecydowali sie wracac do kraju. Z 5 lat zyciowej przygody, przerobili 5 miesiecy. Z jednej strony pewnie sie cieszyli z przyszlego potomka ale bylo tez widac maly zal, ze zdali sobie sprawe ze ich 5 letnia podroznicza przygoda musi zostac odlozona na wieki jesli nie na zawsze. Pozdrawiamy Was jesli kiedykolwiek traficie na nasza stronke. Lot do Wroclawia przespalem az mna szarpnelo przy ladowaniu. No i witaj Pan w kraju po 66 dniach niebytu.
Kurde zimno tu, buro, szaro - ja chce do AZJI!!!!!! Autobusem z bardzo opryskliwym kierowcom, stojac we Wroclawskch korkach i zatrzymujac sie chyba na kazdym mozliwym przystanku po okolo godzinie dotarlismy do dworca kolejowego. Cholera, kiedy u nas bedzie sie jechalo na lotnisko ze srednia 80 km/h jak to ma miejsce w cywilizowanych krajach. Nie wspomne juz o kolejkach podmiejsckich, tudziez metrze - niedoczekanie. Pod wzgledem infrastruktury jestesmy 100 lat za Azjatami. Dworzec we Wroclawiu przywital nas taka iloscia Panow z denaturatem, zebrakow, narkomanow i podejrzanych typkow, jak w calej Azji przez 2 miesiace. Witaj w domu. Cena za bilet za to juz nie na nasz budzet ale pieszo przeciez nie pojdziemy. Pociag zas czasami tracil napiecie przez co robilo sie ciemno i co mozliwe chyba tylko w Polsce wyjezdzajac o czasie z Wroclawia potrafil nabrac ponad polgodzinnego opoznienia na 170 kilometrowej trasie do Czestochowy. Ehh, szkoda gadac, trzeba to przelknac. Tak oto na zimnym dworcu w Czestochowie, z nie dzialajacym dystrybutorem do kawy, za to z calym zastepem bezdomnych zainteresowanych moja zlotowka, zakonczyla sie azjatycka ekspedycja. Dzieki Wszystkim czytajacym nasze marne wypociny. Mamy nadzieje, ze zainspirujemy tym blogiem innych do podrozowania, bo tylko w ten sposob mozna poznawac Swiat. Pamietajcie - telewizja klamie :) I tak kiedys kazdy z nas w proch sie obroci i rzeczy materialne pojda w odstawke ale to co sie zobaczylo i zapamietalo zostaje z nami. Banalne ale prawdziwe. Do milego..............
niedziela, 16 grudnia 2007
Hong Kong raz jeszcze

Czujemy, ze granica z Hong Kongiem jest gdzies niedaleko, mam pomysl isc na azymut wedlug slonca ale ta idea pada bo wybrany kierunek przechodzi przez szeroka autostrade. Chodze, pytam o Hong Kong, nikt nie rozumie. Po chwili juz wiem, ze Hong Kong to po chinsku Siankang. Ustalam, ze do granicy z Siankang dowiezie nas bus nr 7. Racja, za 2 juany czyli ledwo 60 groszy pedzimy przez kolejne wielkie, nowoczesne chinskie miasto. Wiem, ze to mylny obraz Chin te duze metropolie ale jesli to taka propaganda sukcesu gospodarczego, to w moim przypadku odniesli oni sukces. Mnie te miasta imponuja i fajnie jakby tak kiedys bylo w Warszawie, Krakowie czy moze .... Czestochowie. Dotarlismy do przejscia, posililismy sie nieco i udalismy sie na granice. Granica to wielki, chyba z 10 pietrowy gmach pelen tlumu ludzi. Jeszcze tylko pieczatki wyjazdowo - wjazdowe, badanie temperatury ciala czy aby nie mamy grypy tudziez ptasiej grypy i witamy w Hong Kongu. Znowu pelna juz i prawdziwa cywilizacja. NA dzien dobry stoisko ze sterta broszurek o HK, darmowych mapek, wszyscy mowia po angielsku itp. Az dziw bierze, ze tuz za miedza jest z tym tak ubogo. Klimatyzowana kolejka dotarlismy do centrum miasta a dalej do znienawidzonego McDonalda. Mielismy maly dylemat, bo Alan u ktorego spalismy po przylocie z Europy i u ktorego mielismy zostac i tym razem, milczal jak grob. Nie dawal znaku zycia. Na szczescie po jakims czasie zadzwonil i co??? I kolejny dowod, ze ludzie sa WSPANIALI i ich pomoc nie zna granic. Otoz Alan mowi mi, ze nie ma go dzisiaj w Hong Kongu ale i tak mozemy zostac w jego mieszkaniu. Zostawil nam klucz do domu w skrzynce na listy a klucz do skrzynki pod wyciaraczka pod drzwiami. Genialne, a mowi sie, ze Polak potrafi, jak widac Chinczyk tez!!! Uradowani pojechalismy kolejka do mieszkania Alana i wszystko bylo jak byc mialo, klucz pod wycieraczka, winda na dol, klucz w skrzynce, winda w gore i tak oto mamy czyjes mieszkanie do wlasnej dyspozycji na 2 dni. Zmeczeni ponad 35 godzinna podroza non stop od Hanoi nie moglismy oczekiwac nic wiecej niz wanna z ciepla woda i miekki materac. 2 ostatnie dni w Hong Kongu spedzilismy na szwedaniu sie po miescie, ostatnich zakupach itp. Wieczorem o 20 udalismy sie na nabrzeze, podziwiac spektakl swiatel zapisany w ksiedze Guinessa. Polega to na tym, ze ponad 40 drapaczy chmur (w tym kilka po ponad 300m i jeden ponad 400m wyskosci), emituje przerozne swiatla, lasery w rytm muzyki plynacej z glosnikow. Naprawde imponujace widowisko i duze przedsiewziecie biorac pod uwage, ze tancza tu gigantyczne budowle. Kto to koordynuje? Czapki z glow.


Drugiego dnia o zmierzchu wjechalismy slynnym tramwajem na szczyt zwany Peak, znajdujacy sie ponad 400 m.n.p.m , a z ktorego to rozposciera sie niesamowita panorama miasta, zdecydowanie najladniejsza jaka do tej pory widzialem w zyciu. Stwierdzamy oboje, ze Hong Kong jest niesamowitym miastem, nowoczesnym, kulturalnym, bogatym, luksusowym, przyjaznym. Zazdroszcze tutejszym mieszkancom, serio.
Scenki z Hong Kongu:
wtorek, 11 grudnia 2007
Z wizyta robocza w Chinach

Wietnamska odprawa to znowu pokaz arogancji i wladzy wietnamskich celnikow. Siedza chlopiny w pokoju, ktory rownie dobrze moglby byc przebieralnia dla pracownikow na budowie. Paszport trzeba po prostu wrzucic przez male okienko i potem czekac w tlumie ludzi przyklejonych do szyby na moment az 'celnik' zainteresuje sie twoim i wezwie cie do identyfikacji czy ty to rzeczywiscie ty. I tak sie naczekalismy dobre pol godziny, w miedzy czasie jeden Chinczyk skomplementowal mnie chinskimi slowami i gestami w styly - "ale z ciebie byk". Rzeczywiscie ogromny to ja nie jestem ale przy azjatach czuje sie jak Guliwer. Dostalismy paszport, a w moim sznowny pan urzednik zapomnial wbic pieczatki, dlaczego mnie to juz nie dziwi. Takze tym razem przepchalem sie przez tlum skosnookich bez kolejki i poprosilem urzednika o pieczec. Jest. Potem jakis 100 metrow pieszo do posterunku chinskiego. WOW. Roznica ogromna! Pietrowy, nowoczesny budynek z ruchomymi schodami i innymi tego typu udogodnieniami. Pelna cywilizacja na pierwszy rzut oka. Urzednicy mili, profesjonalni, wladajacy angielskim, za przejsciem darmowy pojazd taki jaki wozi golfistow dowiozl nas do kolejnego autobusu.


Idealne chinskie autostrady
Fajnie jest w Chinach. Kolejne 150 km do Nanning minely w komfortowym busie sunacym po szerokiej, rownej, pustej autostradzie. Gdzie jest ten ponad miliard ludzi???? Za oknem tylko pusty krajobraz. W Nanning bylismy umowieni z Hayian, chinka z Hospitalityclub, ktora obiecala na nas czekac i pomoc kupic nam bilety na dalsza trase. Dojechalismy spoznieni ponad godzine nie wierzac, ze ktokolwiek bedzie na nas czekac a tu prosze. Wysiadamy i od razu przejmuje nas pewiem jegomosc, jak sie pozniej okazalo partner Hayian. Przemili ludzie. Dworzec autobusowy w Nanning jest duzy i nowoczesny ale wszystko jest dla nas nieczytelne, wszystko w chinskich krzakach. Okazalo sie, ze nie ma tu ani JEDNEGO bankomatu ani nie mozna tez placic karta. A my juanami nie smierdzimy. No to jestesmy w kropce. Hayian mysli intensywnie jak nam pomoc. Wpadaja w koncu na pomysl, ze Ola zostanie na dworcu a ja pojade z jej chlopakiem na miasto poszukac bankomatu.

To co w Europie jest oczywistoscia niekoniecznie sprawdza sie w Chinach. Przejechalismy ponad 40 km przez piekne, nowoczesne, kolorowo oswietlone, ponad milionowe miasto Nanning, az po ponad godzinie odnalezlismy bankomat Bank of China, ktory to zechcial wydac mi troche kase. URATOWANI! Ale przyznam, ze przez chwile myslalem, ze chca mnie gdzies porwac, wywiezc i zabic bo trudno bylo mi uwierzyc, ze w miescie wygladajacym jak Londyn czy Warszawa nie da sie pociagnac kasy z bankomatu. Mielismy juz kase, za pomoca Hayian kupilismy bilety na sypialny autobus do Shenzen na granicy z Hongkongiem po czym zostalismy zaproszeni przez chinskich przyjaciol na kolacje. Niesamowita goscinnosc z ich strony. Zabrali nas do nieskazitelnie czystej, perfekcyjnie urzadzonej restauracji z pianinem i spiewem na zywo. Stol nagle ugial sie od potraw. Nie powiem, zeby wszystko mi smakowalo ale przynajmniej liznelismy troche prawdziwej chinskiej kuchni. Niestety chinczycy jedza wszystko co troche przyprawialo nas o mdlosci. Rarytasem dla Hayian okazala sie glowa ryby... Beee, nie moglem na to patrzec jak wysysa rybie oczy, miala tez ochote na glowe kaczki lezacej obok mnie ale chyba sie poddala widzac nasze obrzydzenie.


Po kolacji, zabrali nas na spacerek po brzegu osietlonego milionami swiatel jeziorka w centrum, potem szybki transfer na autobus. Na koniec dostalismy buleczki na sniadanie do autobusu i pamiatkowe foldery i znaczki z Nanning. I jak tu nie kochac Hospitalityclub? Spedzilismy z Hayian i jej facetem jakies 5 godzin a potraktowali, ugoscili i pozegnali nas jak najlepszych przyjaciol. Dla takich chwil warto zyc i warto wierzyc w ludzi. Noc w sypialnym autobusie uplynela calkiem milo.

piątek, 7 grudnia 2007
Hanoi - dajmy szanse Wietnamczykom
środa, 5 grudnia 2007
Sapa - wietnamskie Zakopane
Zatoka Halong Bay - czyli jak Wietnamczyk potrafi wszystko zniszczyc
Zatoka Halong w polnocnym Wietnamie uwazana jest za turystyczny mus dlatego i my postanowilismy nie omijac tej atrakcji.
Zatoka Halong zajmuje powierzchnie ponad 1500 km i jej nazwe tlumaczy sie jako "miejsce gdzie smok schodzi do morza". Zatoka zostala wpisana na liste swiatowego dziedzictwa i jest licznie odwiedzana przez rzesze turystow. Zatoka jest usiana okolo 2000 skalistych, niezamieszkanych wyspek wyrastajacych pionowo z morza. Przypomina to troche norweskie fjordy, tele ze wysepek jest duzo wiecej i mozna plywac wokol nich calymi dniami. Z nazwa zatoki wiaze sie legenda ale ja slyszalam jej trzy inne wersje. .....
Aby dostac sie nad zatoke mozna pojechac samemu ale my zdalismy sie na laske agencji turystycznej, myslac, ze to nam ulatwi zadanie. W jakim bylismy bledzie okazalo sie juz nastepnego dnia. O 8.30 zjawilismy sie w Hotelu Prince, gdzie poprzedniego dnia wykupilismy u nich wycieczke. Zjedlismy nawet wystawne sniadanko, zostawilismy na przechowanie nasze plecaki i bylismy gotowi do drogi. Nasz mini van przyjechal z malym opoznieniem i juz po chwili siedzielismy w srodku robiac rundke po miescie i zbierajac reszte ekipy z pozostalych hoteli. Kiedy bylismy juz na rogatkach miasta nasz przewodnich lamanym angielskim sie nam przedstawil i przedstawil plan wycieczki. Mniej wiecej w polowie drogi zatrzymalismy sie przy ogromnej hali, w ktorej to niby znajdowalo sie centrum rekodziela majace piekna idee - kupisz cos wspomagasz mlode talenty. Caly asortymemnt wyglada raczej kiepsko z duzo zawyzonymi cenami i pewnie wszyscy zastanawiaja sie kto tam kupuje, wiekszosc ekipy wypila tylko po kawce i dalej ruszylismy w droge. Kiedy dotarlismy do Halong na parkingu tloczyly sie setki turystow i dziesiatki przedwodnikow wymachujacych kartkami, ruch jak na sporej wielkosci lotnisku. Wyglada to jak totalnie niezorganizowana Wietnamczykow, bawiacych sie w przewodnikow i udajacych zalosnie swoj profesjonalizm. Sledzac naszego przewodnika w wymietym szarym sweterku dotarlismy do kas biletowych chyba, gdzie wykupil dla nas bilety wstepu do zatoki. Potem podazajac za nim poszlismy szukac naszej lodzi - doslownie szukac bo przewodnik nie mial pojecia , ktora to jest. W koncu sie udalo. Lodz lata swietnosci miala juz dawno za soba ale potraktowalismy to jako atrakcje sama w sobie. Po chwili na pokladzie pojawil sie nowy przewodnik z kolejna ekipa 16 osob (a mialo nas byc tylko 16). Obiecanki - cacanki to specjalnosc Wietnamu. Zrobilo sie tloczno. Wyplywamy ze sporym opznieniem, bo lodzi jest chyba ze 200 i swoje musimy odstac. Wkrotce nasz przewodnik zaprasza na nizszy poklad na obiad. W sali tloczno - po 6 osob przy stoliku. Talerze i paleczki nie jeden posilek juz mialy za soba. Przy naszym stoliku dwie Niemki, Japonka i Wloch. Posilek byl smaczny ale po minach Niemek mozna by wysnuc ze sa powaznie zawiedzone. Szkoda, ze nie serwuja jedzenia kazdemu osobno tylko kolektywnie grupie osob, nie koniecznie znajacych sie wczesniej.
Po obiedzie wszyscy udajemy sie gorny poklad i nasz przewodnik zabiera wszystkim paszporty. My naszych nie mamy, bo zostaly w ambasadzie chinskiej. Dajemy mu kopie i mowimy, ze to mu musi wystarczyc. Kopie sa kolorowe i na poczatku mu wystarczaja ale po chwili wraca i stwierdza, ze kapitan musi miec nasze wizy, bo inaczej nie mozemy spac na lodzi. Poddajemy sie i stwierdzamy, ze spimy w hotelu. Ale cisnienie podnosi sie juz niebezpiecznie wysoko.
Po okolo 30 minutach doplywamy do pierwszej wyspy aby zobaczyc jaskinie. Pierwsza podswietlona jest kolorowymi lampami wyglada to strasznie kiczowato. W swoim zyciu bylismy juz w kilku jaskiniach i ta wydala nam sie nieco podejrzana. Dam sobie reke uciac, ze niektore "nacieki" powstaly za pomoca betoniarki i Wietnamskiego speleologa. Do tego schody, ktorych to z poreczy wisza "piekne stalaktyty" - jeden nieco pekniety i wsroku zauwarzamy drut zbrojeniowy. Do tego sztuczna rzeka i mni fontanna i niesamowite opowiesci naszego przewodnika. Ciagle powtarzal, ze wszystko zalezy od wyobrazni. Popatrzelismy na siebie z politowaniem a Niemki wszystko komentowaly z niesmakiem po angielsku. Do drugiej jaskini poszlismy juz sami bo przewodnikowi sie zwyczajnie nie chcialo. Chyba najdziwniejsze jaskinie jakie istnieja, zaprzeczenie tego co mozna spotkac w Tatrach czy tez np na Slowacji. Po prostu Wietnamczycy udaja nieudolnie milosnikow martwej przyrody. Wrocilismy w koncu na lodke i poplynelismy dalej wsrod pieknych skal aby zobaczyc plywajace farmy owocow morza. Przewodnik opowiada o ciezkim zyciu ich mieszkancow, ktorzy nie posiadaja ziemi i musz zyc na wodzie i ich biednych dzieciach, ktore codziennie na bambusowych tratfach plyna do szkoly. Zostawie to bez komentarza. Cumujemy przy jednej z farm i przewodnik oferuje na zwiedzanie kolejnych jaskin, do ktorych wstep jest darmowy ale trzeba sie tam dostac lodka za 2,5 $ od osoby. Nie palimy sie zwiedzania kolejnej jaskini wiec zostajemy na lodzi. Ci, ktorzy poplyneli wrocili po 15 minutach. Do naszej lodzi podplywaja sprzedawcy owocow, wykrzykujac po angielsku cos w rodzaju " kup ananas, kup ananas", a przoduja w tym male dzieciaki po moze 5 lat wyuczone przez rodzicow "baj panejpel". Cena za jednego malego ananasa to 40.000 dong, ponad 2 USD. Szwedki bedace z nami na lodzi pukaja sie w czolo! A sprzedawczyni w kolko "kup annas". Poplynelismy dalej do najwiekszej wyspy Cat Ba, gdzie my i inni mielismy wysiasc aby spac w hotelu. Jeszcze w drodze do wyspy przewodnik podchodzi do wybranych ofiar i mowi, ze nie ma miejsca dla nich na lodzi( zwlaszcza do tych, ktorzy wykupili dwie noce na lodce). Wiekszosc z nich sie godzi by jedna spac w hotelu. Kiedy bylismy juz gotowi do zejsca na lad, przewodnik podchodzi do nas dyskretnie i szepce ze jesli chcemy to mozemy jednak zostac na lodzi. Okazuje sie wiec ze nasze paszporty nie sa zadna przeszkoda. Weszymy w tym prywatny interes przewodnika i wysiadamy z lodzi a on zas szuka nowej ofiary. Zebralo sie nas calkiem sporo i po waskiej grobli idziemy do miejsca, gdzie czekaja na nas busy. Tu znowu dramat. Para Kandyjczykow plynaca z nami ma problemy. Zaplacili naszemu przewodnikami za pobyt na lodzi i transport do hotelu. Teraz okazuje sie ze nie ma dla nich miejsca w autobusie i ze musza jechac 30 km na motorze. Wszyscy byli w szoku, bo mafia motocyklistow zarzadala od jednej osoby po 100.000 dong! Skandal w bialy dzien. Rozpoczela sie awantura, potem szarpanina a potem doszlo do rekoczynow. Bylismy w szoku i siedzac w busie nie chcielismy jechac bez Kandyjczykow. W koncu nasz agresywny kierowca zatrzasnal drzwi i ruszylismy do hotelu. Obluga turystow w wydaniu Wietnamczykow. Droga do hotelu zajmuje okolo 30 minut przez naprawde malownicze rejony ale my bylismy zajeci rozmowa o Kandyjczykach. Szok! Po dojechaniu do hotelu nastapil bardzo szybki przydzial pokoji - dostalismy nawet ladna dwojke z balkonem tuz obok, z ktorego roztaczal sie piekny widok na zotoke. Kolacje wyznaczono na 6 wieczorem. Pospacerowalismy po nadbrzezu i wrocilismy do hotelu na obiecany posilek. Przygotowano dla nas dwa stoliki i dziwny posilek. Przy naszym stoliku dwoch Australijczykow i Kanadyjczyk i Amerykanin. Ten ostatni nic nie jadl - prowadzil pewnego rodzaju maly strajk- bo zaplacil za znacznie lepszy hotel i go oszukano. Czekal w nadzieii ze pojawi sie nasz przewodnik. Nie przyjechal niestety. Nastepnego dnia sniadanie wyznaczono na 7 rano. Stawilismy sie w komplecie. Czesc z nas wracala do lodzi a czesc zostawala by robic trekking. Snadanie skromniutkie i ci co udali sie na trekking byli pewnie glodni po godzinie. A Kanadyjczyk znowu strajkowal i glodowal. Zaraz po sniadaniu mielismy odjechac na lodz. Czekalismy ponad godzine i w koncu ruszylismy z nowym przewodnikiem. Dotarlismy na nadbrzeze gdzie nasza lodz na nas czekala. My poirytowani bo moglismy by tu o 8 rano a nie 9 a pasazerowie lodzi wsciekli, ze godzine na nas czekali stojac w miejscu. Wiatnam. Przewodnicy pokrzyczeli jescze na siebie i wreszcie odplynelimy do Ha Long. Obiecano nam inna trase w drodze powrotnej ale wracalismy dokladnie po tej samej. tradycyjnie postoj przy plywajacej farmie i ta sama wycieczka do jaskin - tym razem taniej 2$ od osoby, znowu "kup ananas"!!! Zdecydowala sie tylko jedna Wloszka ale po chwili wrocono ja na poklad, bo dla jednej osoby nie warto sie wysilac. Co sie beda wysilac 15 min za 2.5 USD - nie warto przeciez nie? Ruszylismy w droge powrotne do zatoki. My wyplywamy a w nasza strone nadplywaja dziesiatki nowych statkow z kolejnymi turystami zadnymi nowych wrazen. Oby oni mieli szczescie!
O 11 jestesmy z powrotem na brzegu. Przewodnik mowi ,ze jest mu przykro bo musimy poczekac na nasz autobus jakies 30 minnut, wiemy juz , ze klamie bo to bus jadacy z Hanoi i bedzie tu nie wczesniej niz za godzine. Siedzimy wiec i czekamy i obserwujemy pozostalych. Zaproponowano darmowy internet, ale zeby skorzystac zasugerowano nam zaglosowac najpierw przez internet na Zatoke Halong Bay w rankingu na Cuda Swiata - hipokryzja do kwadratu. Nikt nie wyglada na szczesliwego i niektorzy zartuja, ze jak dotra do stolicy to bedzie sukces. Po ponad godzinie przyjezdza autobus i od razu pojawia sie problem bo jest nas wiecej niz miejsc w srodku. Agresywny kierowca, o wygladzie malego szalenca skacze ze zlosci jak kogut i drze sie na przewodnika. Ten, zwany przez nas "pryszczokiem" (tak wygladal) probuje zalogodzic sytuacje i mowi, ze jedziemy teraz na obiad a po obiedzie dostaniemy nowy autobus. Czworka naszych wspoltowarzyszy stoi skurczona i probuje utrzymac rownowage. Restauracja nie ma zadnego loga i przypomina zwykla pietrowke. Na pierwszym pietrze inna grupa je swoj posilek a dla nas przypadlo isc na drugie. Na posilek czekamy ponad 25 minut i kiedy zaczynamy jesc zjawia sie nasz przewodnik i pyta czy juz skonczylismy. Patrzymy tylko na siebie z politowaniem (jedzenie calkiem dobre). Skonczylismy pierwsi i kiedy to po 20 minutach zauwaza, probuje namowic nas na zmaine busa. Poczatkowo sie zgadzamy ale kiedy wychodzimy na zewnatrz zdajemy sobie sprawe, ze nowego autobusu nie bedzie i " partacze " probuja rozwiazac sytuacje. Nie zgadzamy sie i mowimy mu ze jedziemy z nasza grupa. Nie krzywi sie tylko szuka nowej ofiary, za to kierowca "kogut" pyskuje na wszystko dookola. Pada na dwie starsze kobitki z Francji. Mialy wsiasc do busa z wczesniejsza grupa ale w koncu ich nie wpuszczono i zostaly na chodniku. Napiecie pomiedzy kierowca i przewodnikiem wzrasta i zupelnie nie zwracaja na nas uwagi, "kogut" wyzywa "pryszczoka" takim tonem glosu, ze tak jak nas przeraza tak samo nas rozsmiesza, ale strachsie glosno smiac. Wsiadamy w koncu jedank do busa i 4 z nas musi stac. Przewodnik mowi, ze pojedziemy na dworzec zlapac lokalny autobus. Jedziemy tak ze 25 minut i w koncu zatrzymujemy sie na poboczu i "partacze" zwyczajnie zaczynaja lapac autobusowego stopa. Po chwili im sie to udaje i troje turystow wraz z naszym przewodnikiem odjezdza. My zostajemy z kierowca - psycholem. Tomek ma problem bo chce mu sie do WC i nie wie jak zareaguje kierowca "kogut" na prosbe o postoj. Ten jednak ma chyba serce po wlasciwej stronie bo spelnia marzenie Tomka natychmiast. Ulga. Jedzie cala droge jak wariat ciagle trabiac i mrugajac dlugimi swiatlami. Docieramy do Hanoi zmeczeni jak po maratonie!
Tak oto z wycieczki, ktora przy odrobinie wysilku psychicznego szanownych Wietnamczykow mogla byc wspaniala, stala sie jednym wielkim ciagiem porazek, bledow, nerwow i zawiedznia. Wietnamczycy udowadniaja nam na kazdym kroku, ze traktuja turyste jak g.... chcac tylko wyrwac jego dolary, a do tego swoja nieudolnoscia potrafia spier... wszystko co sie tylko da.
Kiedy dotarlismy do Prince Hotel, gdzie wykupilismy wycieczke, recepcjonista (kolejny nowy) byl zdziwiony, ze nie jestesmy zadowoleni z wycieczki. Nie chcialo nam sie nawet nic tlumaczyc bo i tak jego angielski jest zalosny a brak piatej klepki widoczny golym okiem - typowy pracownik oblugi ruchu turystycznego w Wietnamie. W tej samym miejscu zakupilsmy bilety kolejowe do Sapy, ktore to mialy na nas czekac po powrocie z Halong. Niestety o naszych biletach nikt nie slyszal. W koncu po wielu trudach ktos chyba z innego hotelu przyniosl nam dwa bilety kolejowe i w koncu moglismy isc cos zjesc.
Podsumowujac Ha long - miejsce jest naprawde ladne i warte odwiedzenia, ale moze czasami warto jest zejsc z utartych szlakow i zamiast Ha long wybrac cos innego. Za wycieczke zaplacilismy po 27 $ od osoby. Mielismy spac na lodzi i byc niej dwa dni. W rezultacie spalismy w kiepskawym hotelu a na lodzi bylismy niecale 6 godz. Na tej samej lodzi byly osoby, ktore zaplacily znacznie wiecej niz my i dostaly to samo, wiec wszyscy chyba mielismy pecha. Czytamy rozne fora i blogi i przypadki takie jak nasz zdarzaja sie coraz czesciej. Zamiast podziwiac widoki jestes skupiony na tym czym zaskoczy cie twoj przewodnik i czy w koncu otrzymasz to za co zaplaciles. Jest zdecydowanie za duzo agencji sprzedajacych owe wycieczki i za duzo posrednikow. Odpowiedzialnosc za organizacje twojego czasu zadna! Jak narzekasz to albo smieja Ci sie w twarz, albo udaja ze nie rozumieja po angielsku, albo dostaja agresji I nie chodzi juz tu o pieniadze ale o twoj cenny czas, ktory mogles poswiecic na cos innego.
Wniosek koncowy: UNIKAJ AGENCJI TURYSTYCZNYCH JAK TYLKO MOZESZ - zaoszczedzisz swoj czas i pieniadze, a po powrocie do domu nie musisz korzystac z pomocy psychiatry.
piątek, 30 listopada 2007
Tu jest naprawde Sajgon
Nasi bracia Wietnamczycy
czwartek, 29 listopada 2007
Podroz z tytoniem, ryzem, weglem czyli Lao Bus
Przy sniadaniu zaczepil nas jeden jegomosc i zaproponowal podroz autobusem do Pakse. Zgodzilismy sie i poszlismy po swoje bagaze. Jakiez bylo nasze zdziwienie, kiedy to przy wyjsciu z g/h jego wlascicielka zarzadala zaplaty za pierwsza noc. Ponoc nie pamietala by jej placilismy, za to my dokladnie pamietalismy ze tak! Po naszym krotkim stwierdzeniu ze nie zamierzamy za nic dwa razy placic i to nie nasz wina ze Madame nie zapsuje swoich przychodow. Glupie, stare babsko popsulo nam na jakis czas humory. Pobieglismy do autobusu i tu kolejne zaskoczenie bo autobus byl juz pelen miejscowych a miejscami dla nas byly plastikowe taborety, ktore to rozklada sie w przejsciu miedzy fotelami. Razem z innymi bialymi nie mielismy wyjscia jak rozsiasc sie wygodnie pomiedzy workami z ryzem i kokosami. Tomek wraz z naszym nowo poznanym kolega z Nowej Zelandii - Simonem , dzielili tylnia kanape z 20 slomianymi koszami z tytoniem. Obok mnie laotanska para z dwojka dzieci. Tata na kolanach mial starszego a mama niemowlaka przyssanego do piersi.
Rozbawieni cala sytuacja postanowilismy dzielnie znosic trudy podrozy. W miare przybywajacych kilometrow przybywalo tez ludzi ( miejsca siedzace na taboretach) i wszelkiego rodzaju towarow - worki z ryzem, worki z kapusta i salata, motocykl a na koniec kilka worow w weglem drzewnym. Okolo 30 km od Pakse autobus pozbyl sie nieco dobr z wnetrza wiec Tomek i Simon mieli wreszcie cala kanape dla siebie. Pomagali nawet przy wyladunku tytoniu czym rozbawili caly autobus i pasazerowie wolali FALANG, FALANG co oznacza obcokrajowca. W nagrode dostali jakas szmate, ktora mogli przetrzec swoje siedzenie.
Poniewaz Simon tak jak my tego dnia chcial dostac do Savanekhet postanowilismy trzymac sie razem i dzielic koszty podrozy. Za jego namowa trafilismy do knajpki Delta Cafe, ktora jest prowadzona przez pare Australijczykow i podobno serwuje najlepsza kawe w Pakse. Kawa i jedzenie rzeczywiscie sa przepyszne. Czas naglil wiec zlapalismy kolejnego tuk-tuka i po krotkich negocjacjach trafilismy na dworzez polnocy w Pakse.


















