
Czujemy, ze granica z Hong Kongiem jest gdzies niedaleko, mam pomysl isc na azymut wedlug slonca ale ta idea pada bo wybrany kierunek przechodzi przez szeroka autostrade. Chodze, pytam o Hong Kong, nikt nie rozumie. Po chwili juz wiem, ze Hong Kong to po chinsku Siankang. Ustalam, ze do granicy z Siankang dowiezie nas bus nr 7. Racja, za 2 juany czyli ledwo 60 groszy pedzimy przez kolejne wielkie, nowoczesne chinskie miasto. Wiem, ze to mylny obraz Chin te duze metropolie ale jesli to taka propaganda sukcesu gospodarczego, to w moim przypadku odniesli oni sukces. Mnie te miasta imponuja i fajnie jakby tak kiedys bylo w Warszawie, Krakowie czy moze .... Czestochowie. Dotarlismy do przejscia, posililismy sie nieco i udalismy sie na granice. Granica to wielki, chyba z 10 pietrowy gmach pelen tlumu ludzi. Jeszcze tylko pieczatki wyjazdowo - wjazdowe, badanie temperatury ciala czy aby nie mamy grypy tudziez ptasiej grypy i witamy w Hong Kongu. Znowu pelna juz i prawdziwa cywilizacja. NA dzien dobry stoisko ze sterta broszurek o HK, darmowych mapek, wszyscy mowia po angielsku itp. Az dziw bierze, ze tuz za miedza jest z tym tak ubogo. Klimatyzowana kolejka dotarlismy do centrum miasta a dalej do znienawidzonego McDonalda. Mielismy maly dylemat, bo Alan u ktorego spalismy po przylocie z Europy i u ktorego mielismy zostac i tym razem, milczal jak grob. Nie dawal znaku zycia. Na szczescie po jakims czasie zadzwonil i co??? I kolejny dowod, ze ludzie sa WSPANIALI i ich pomoc nie zna granic. Otoz Alan mowi mi, ze nie ma go dzisiaj w Hong Kongu ale i tak mozemy zostac w jego mieszkaniu. Zostawil nam klucz do domu w skrzynce na listy a klucz do skrzynki pod wyciaraczka pod drzwiami. Genialne, a mowi sie, ze Polak potrafi, jak widac Chinczyk tez!!! Uradowani pojechalismy kolejka do mieszkania Alana i wszystko bylo jak byc mialo, klucz pod wycieraczka, winda na dol, klucz w skrzynce, winda w gore i tak oto mamy czyjes mieszkanie do wlasnej dyspozycji na 2 dni. Zmeczeni ponad 35 godzinna podroza non stop od Hanoi nie moglismy oczekiwac nic wiecej niz wanna z ciepla woda i miekki materac. 2 ostatnie dni w Hong Kongu spedzilismy na szwedaniu sie po miescie, ostatnich zakupach itp. Wieczorem o 20 udalismy sie na nabrzeze, podziwiac spektakl swiatel zapisany w ksiedze Guinessa. Polega to na tym, ze ponad 40 drapaczy chmur (w tym kilka po ponad 300m i jeden ponad 400m wyskosci), emituje przerozne swiatla, lasery w rytm muzyki plynacej z glosnikow. Naprawde imponujace widowisko i duze przedsiewziecie biorac pod uwage, ze tancza tu gigantyczne budowle. Kto to koordynuje? Czapki z glow.


Drugiego dnia o zmierzchu wjechalismy slynnym tramwajem na szczyt zwany Peak, znajdujacy sie ponad 400 m.n.p.m , a z ktorego to rozposciera sie niesamowita panorama miasta, zdecydowanie najladniejsza jaka do tej pory widzialem w zyciu. Stwierdzamy oboje, ze Hong Kong jest niesamowitym miastem, nowoczesnym, kulturalnym, bogatym, luksusowym, przyjaznym. Zazdroszcze tutejszym mieszkancom, serio.
Scenki z Hong Kongu:














Brak komentarzy:
Prześlij komentarz