Zatoka Halong w polnocnym Wietnamie uwazana jest za turystyczny mus dlatego i my postanowilismy nie omijac tej atrakcji.
Zatoka Halong zajmuje powierzchnie ponad 1500 km i jej nazwe tlumaczy sie jako "miejsce gdzie smok schodzi do morza". Zatoka zostala wpisana na liste swiatowego dziedzictwa i jest licznie odwiedzana przez rzesze turystow. Zatoka jest usiana okolo 2000 skalistych, niezamieszkanych wyspek wyrastajacych pionowo z morza. Przypomina to troche norweskie fjordy, tele ze wysepek jest duzo wiecej i mozna plywac wokol nich calymi dniami. Z nazwa zatoki wiaze sie legenda ale ja slyszalam jej trzy inne wersje. .....
Aby dostac sie nad zatoke mozna pojechac samemu ale my zdalismy sie na laske agencji turystycznej, myslac, ze to nam ulatwi zadanie. W jakim bylismy bledzie okazalo sie juz nastepnego dnia. O 8.30 zjawilismy sie w Hotelu Prince, gdzie poprzedniego dnia wykupilismy u nich wycieczke. Zjedlismy nawet wystawne sniadanko, zostawilismy na przechowanie nasze plecaki i bylismy gotowi do drogi. Nasz mini van przyjechal z malym opoznieniem i juz po chwili siedzielismy w srodku robiac rundke po miescie i zbierajac reszte ekipy z pozostalych hoteli. Kiedy bylismy juz na rogatkach miasta nasz przewodnich lamanym angielskim sie nam przedstawil i przedstawil plan wycieczki. Mniej wiecej w polowie drogi zatrzymalismy sie przy ogromnej hali, w ktorej to niby znajdowalo sie centrum rekodziela majace piekna idee - kupisz cos wspomagasz mlode talenty. Caly asortymemnt wyglada raczej kiepsko z duzo zawyzonymi cenami i pewnie wszyscy zastanawiaja sie kto tam kupuje, wiekszosc ekipy wypila tylko po kawce i dalej ruszylismy w droge. Kiedy dotarlismy do Halong na parkingu tloczyly sie setki turystow i dziesiatki przedwodnikow wymachujacych kartkami, ruch jak na sporej wielkosci lotnisku. Wyglada to jak totalnie niezorganizowana Wietnamczykow, bawiacych sie w przewodnikow i udajacych zalosnie swoj profesjonalizm. Sledzac naszego przewodnika w wymietym szarym sweterku dotarlismy do kas biletowych chyba, gdzie wykupil dla nas bilety wstepu do zatoki. Potem podazajac za nim poszlismy szukac naszej lodzi - doslownie szukac bo przewodnik nie mial pojecia , ktora to jest. W koncu sie udalo. Lodz lata swietnosci miala juz dawno za soba ale potraktowalismy to jako atrakcje sama w sobie. Po chwili na pokladzie pojawil sie nowy przewodnik z kolejna ekipa 16 osob (a mialo nas byc tylko 16). Obiecanki - cacanki to specjalnosc Wietnamu. Zrobilo sie tloczno. Wyplywamy ze sporym opznieniem, bo lodzi jest chyba ze 200 i swoje musimy odstac. Wkrotce nasz przewodnik zaprasza na nizszy poklad na obiad. W sali tloczno - po 6 osob przy stoliku. Talerze i paleczki nie jeden posilek juz mialy za soba. Przy naszym stoliku dwie Niemki, Japonka i Wloch. Posilek byl smaczny ale po minach Niemek mozna by wysnuc ze sa powaznie zawiedzone. Szkoda, ze nie serwuja jedzenia kazdemu osobno tylko kolektywnie grupie osob, nie koniecznie znajacych sie wczesniej.
Po obiedzie wszyscy udajemy sie gorny poklad i nasz przewodnik zabiera wszystkim paszporty. My naszych nie mamy, bo zostaly w ambasadzie chinskiej. Dajemy mu kopie i mowimy, ze to mu musi wystarczyc. Kopie sa kolorowe i na poczatku mu wystarczaja ale po chwili wraca i stwierdza, ze kapitan musi miec nasze wizy, bo inaczej nie mozemy spac na lodzi. Poddajemy sie i stwierdzamy, ze spimy w hotelu. Ale cisnienie podnosi sie juz niebezpiecznie wysoko.
Po okolo 30 minutach doplywamy do pierwszej wyspy aby zobaczyc jaskinie. Pierwsza podswietlona jest kolorowymi lampami wyglada to strasznie kiczowato. W swoim zyciu bylismy juz w kilku jaskiniach i ta wydala nam sie nieco podejrzana. Dam sobie reke uciac, ze niektore "nacieki" powstaly za pomoca betoniarki i Wietnamskiego speleologa. Do tego schody, ktorych to z poreczy wisza "piekne stalaktyty" - jeden nieco pekniety i wsroku zauwarzamy drut zbrojeniowy. Do tego sztuczna rzeka i mni fontanna i niesamowite opowiesci naszego przewodnika. Ciagle powtarzal, ze wszystko zalezy od wyobrazni. Popatrzelismy na siebie z politowaniem a Niemki wszystko komentowaly z niesmakiem po angielsku. Do drugiej jaskini poszlismy juz sami bo przewodnikowi sie zwyczajnie nie chcialo. Chyba najdziwniejsze jaskinie jakie istnieja, zaprzeczenie tego co mozna spotkac w Tatrach czy tez np na Slowacji. Po prostu Wietnamczycy udaja nieudolnie milosnikow martwej przyrody. Wrocilismy w koncu na lodke i poplynelismy dalej wsrod pieknych skal aby zobaczyc plywajace farmy owocow morza. Przewodnik opowiada o ciezkim zyciu ich mieszkancow, ktorzy nie posiadaja ziemi i musz zyc na wodzie i ich biednych dzieciach, ktore codziennie na bambusowych tratfach plyna do szkoly. Zostawie to bez komentarza. Cumujemy przy jednej z farm i przewodnik oferuje na zwiedzanie kolejnych jaskin, do ktorych wstep jest darmowy ale trzeba sie tam dostac lodka za 2,5 $ od osoby. Nie palimy sie zwiedzania kolejnej jaskini wiec zostajemy na lodzi. Ci, ktorzy poplyneli wrocili po 15 minutach. Do naszej lodzi podplywaja sprzedawcy owocow, wykrzykujac po angielsku cos w rodzaju " kup ananas, kup ananas", a przoduja w tym male dzieciaki po moze 5 lat wyuczone przez rodzicow "baj panejpel". Cena za jednego malego ananasa to 40.000 dong, ponad 2 USD. Szwedki bedace z nami na lodzi pukaja sie w czolo! A sprzedawczyni w kolko "kup annas". Poplynelismy dalej do najwiekszej wyspy Cat Ba, gdzie my i inni mielismy wysiasc aby spac w hotelu. Jeszcze w drodze do wyspy przewodnik podchodzi do wybranych ofiar i mowi, ze nie ma miejsca dla nich na lodzi( zwlaszcza do tych, ktorzy wykupili dwie noce na lodce). Wiekszosc z nich sie godzi by jedna spac w hotelu. Kiedy bylismy juz gotowi do zejsca na lad, przewodnik podchodzi do nas dyskretnie i szepce ze jesli chcemy to mozemy jednak zostac na lodzi. Okazuje sie wiec ze nasze paszporty nie sa zadna przeszkoda. Weszymy w tym prywatny interes przewodnika i wysiadamy z lodzi a on zas szuka nowej ofiary. Zebralo sie nas calkiem sporo i po waskiej grobli idziemy do miejsca, gdzie czekaja na nas busy. Tu znowu dramat. Para Kandyjczykow plynaca z nami ma problemy. Zaplacili naszemu przewodnikami za pobyt na lodzi i transport do hotelu. Teraz okazuje sie ze nie ma dla nich miejsca w autobusie i ze musza jechac 30 km na motorze. Wszyscy byli w szoku, bo mafia motocyklistow zarzadala od jednej osoby po 100.000 dong! Skandal w bialy dzien. Rozpoczela sie awantura, potem szarpanina a potem doszlo do rekoczynow. Bylismy w szoku i siedzac w busie nie chcielismy jechac bez Kandyjczykow. W koncu nasz agresywny kierowca zatrzasnal drzwi i ruszylismy do hotelu. Obluga turystow w wydaniu Wietnamczykow. Droga do hotelu zajmuje okolo 30 minut przez naprawde malownicze rejony ale my bylismy zajeci rozmowa o Kandyjczykach. Szok! Po dojechaniu do hotelu nastapil bardzo szybki przydzial pokoji - dostalismy nawet ladna dwojke z balkonem tuz obok, z ktorego roztaczal sie piekny widok na zotoke. Kolacje wyznaczono na 6 wieczorem. Pospacerowalismy po nadbrzezu i wrocilismy do hotelu na obiecany posilek. Przygotowano dla nas dwa stoliki i dziwny posilek. Przy naszym stoliku dwoch Australijczykow i Kanadyjczyk i Amerykanin. Ten ostatni nic nie jadl - prowadzil pewnego rodzaju maly strajk- bo zaplacil za znacznie lepszy hotel i go oszukano. Czekal w nadzieii ze pojawi sie nasz przewodnik. Nie przyjechal niestety. Nastepnego dnia sniadanie wyznaczono na 7 rano. Stawilismy sie w komplecie. Czesc z nas wracala do lodzi a czesc zostawala by robic trekking. Snadanie skromniutkie i ci co udali sie na trekking byli pewnie glodni po godzinie. A Kanadyjczyk znowu strajkowal i glodowal. Zaraz po sniadaniu mielismy odjechac na lodz. Czekalismy ponad godzine i w koncu ruszylismy z nowym przewodnikiem. Dotarlismy na nadbrzeze gdzie nasza lodz na nas czekala. My poirytowani bo moglismy by tu o 8 rano a nie 9 a pasazerowie lodzi wsciekli, ze godzine na nas czekali stojac w miejscu. Wiatnam. Przewodnicy pokrzyczeli jescze na siebie i wreszcie odplynelimy do Ha Long. Obiecano nam inna trase w drodze powrotnej ale wracalismy dokladnie po tej samej. tradycyjnie postoj przy plywajacej farmie i ta sama wycieczka do jaskin - tym razem taniej 2$ od osoby, znowu "kup ananas"!!! Zdecydowala sie tylko jedna Wloszka ale po chwili wrocono ja na poklad, bo dla jednej osoby nie warto sie wysilac. Co sie beda wysilac 15 min za 2.5 USD - nie warto przeciez nie? Ruszylismy w droge powrotne do zatoki. My wyplywamy a w nasza strone nadplywaja dziesiatki nowych statkow z kolejnymi turystami zadnymi nowych wrazen. Oby oni mieli szczescie!
O 11 jestesmy z powrotem na brzegu. Przewodnik mowi ,ze jest mu przykro bo musimy poczekac na nasz autobus jakies 30 minnut, wiemy juz , ze klamie bo to bus jadacy z Hanoi i bedzie tu nie wczesniej niz za godzine. Siedzimy wiec i czekamy i obserwujemy pozostalych. Zaproponowano darmowy internet, ale zeby skorzystac zasugerowano nam zaglosowac najpierw przez internet na Zatoke Halong Bay w rankingu na Cuda Swiata - hipokryzja do kwadratu. Nikt nie wyglada na szczesliwego i niektorzy zartuja, ze jak dotra do stolicy to bedzie sukces. Po ponad godzinie przyjezdza autobus i od razu pojawia sie problem bo jest nas wiecej niz miejsc w srodku. Agresywny kierowca, o wygladzie malego szalenca skacze ze zlosci jak kogut i drze sie na przewodnika. Ten, zwany przez nas "pryszczokiem" (tak wygladal) probuje zalogodzic sytuacje i mowi, ze jedziemy teraz na obiad a po obiedzie dostaniemy nowy autobus. Czworka naszych wspoltowarzyszy stoi skurczona i probuje utrzymac rownowage. Restauracja nie ma zadnego loga i przypomina zwykla pietrowke. Na pierwszym pietrze inna grupa je swoj posilek a dla nas przypadlo isc na drugie. Na posilek czekamy ponad 25 minut i kiedy zaczynamy jesc zjawia sie nasz przewodnik i pyta czy juz skonczylismy. Patrzymy tylko na siebie z politowaniem (jedzenie calkiem dobre). Skonczylismy pierwsi i kiedy to po 20 minutach zauwaza, probuje namowic nas na zmaine busa. Poczatkowo sie zgadzamy ale kiedy wychodzimy na zewnatrz zdajemy sobie sprawe, ze nowego autobusu nie bedzie i " partacze " probuja rozwiazac sytuacje. Nie zgadzamy sie i mowimy mu ze jedziemy z nasza grupa. Nie krzywi sie tylko szuka nowej ofiary, za to kierowca "kogut" pyskuje na wszystko dookola. Pada na dwie starsze kobitki z Francji. Mialy wsiasc do busa z wczesniejsza grupa ale w koncu ich nie wpuszczono i zostaly na chodniku. Napiecie pomiedzy kierowca i przewodnikiem wzrasta i zupelnie nie zwracaja na nas uwagi, "kogut" wyzywa "pryszczoka" takim tonem glosu, ze tak jak nas przeraza tak samo nas rozsmiesza, ale strachsie glosno smiac. Wsiadamy w koncu jedank do busa i 4 z nas musi stac. Przewodnik mowi, ze pojedziemy na dworzec zlapac lokalny autobus. Jedziemy tak ze 25 minut i w koncu zatrzymujemy sie na poboczu i "partacze" zwyczajnie zaczynaja lapac autobusowego stopa. Po chwili im sie to udaje i troje turystow wraz z naszym przewodnikiem odjezdza. My zostajemy z kierowca - psycholem. Tomek ma problem bo chce mu sie do WC i nie wie jak zareaguje kierowca "kogut" na prosbe o postoj. Ten jednak ma chyba serce po wlasciwej stronie bo spelnia marzenie Tomka natychmiast. Ulga. Jedzie cala droge jak wariat ciagle trabiac i mrugajac dlugimi swiatlami. Docieramy do Hanoi zmeczeni jak po maratonie!
Tak oto z wycieczki, ktora przy odrobinie wysilku psychicznego szanownych Wietnamczykow mogla byc wspaniala, stala sie jednym wielkim ciagiem porazek, bledow, nerwow i zawiedznia. Wietnamczycy udowadniaja nam na kazdym kroku, ze traktuja turyste jak g.... chcac tylko wyrwac jego dolary, a do tego swoja nieudolnoscia potrafia spier... wszystko co sie tylko da.
Kiedy dotarlismy do Prince Hotel, gdzie wykupilismy wycieczke, recepcjonista (kolejny nowy) byl zdziwiony, ze nie jestesmy zadowoleni z wycieczki. Nie chcialo nam sie nawet nic tlumaczyc bo i tak jego angielski jest zalosny a brak piatej klepki widoczny golym okiem - typowy pracownik oblugi ruchu turystycznego w Wietnamie. W tej samym miejscu zakupilsmy bilety kolejowe do Sapy, ktore to mialy na nas czekac po powrocie z Halong. Niestety o naszych biletach nikt nie slyszal. W koncu po wielu trudach ktos chyba z innego hotelu przyniosl nam dwa bilety kolejowe i w koncu moglismy isc cos zjesc.
Podsumowujac Ha long - miejsce jest naprawde ladne i warte odwiedzenia, ale moze czasami warto jest zejsc z utartych szlakow i zamiast Ha long wybrac cos innego. Za wycieczke zaplacilismy po 27 $ od osoby. Mielismy spac na lodzi i byc niej dwa dni. W rezultacie spalismy w kiepskawym hotelu a na lodzi bylismy niecale 6 godz. Na tej samej lodzi byly osoby, ktore zaplacily znacznie wiecej niz my i dostaly to samo, wiec wszyscy chyba mielismy pecha. Czytamy rozne fora i blogi i przypadki takie jak nasz zdarzaja sie coraz czesciej. Zamiast podziwiac widoki jestes skupiony na tym czym zaskoczy cie twoj przewodnik i czy w koncu otrzymasz to za co zaplaciles. Jest zdecydowanie za duzo agencji sprzedajacych owe wycieczki i za duzo posrednikow. Odpowiedzialnosc za organizacje twojego czasu zadna! Jak narzekasz to albo smieja Ci sie w twarz, albo udaja ze nie rozumieja po angielsku, albo dostaja agresji I nie chodzi juz tu o pieniadze ale o twoj cenny czas, ktory mogles poswiecic na cos innego.
Wniosek koncowy: UNIKAJ AGENCJI TURYSTYCZNYCH JAK TYLKO MOZESZ - zaoszczedzisz swoj czas i pieniadze, a po powrocie do domu nie musisz korzystac z pomocy psychiatry.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz