piątek, 30 listopada 2007
Tu jest naprawde Sajgon
Mimo, ze prawdziwy Sajgon to najwieksze miasto Wietnamu i lezy na poludniu, a my jestesmy na polnocy w stolicy Hanoi to tu tez jest sajgon. Teraz dopiero pojelismy o co dokladnie chodzi w tym powiedzeniu. Ulice Hanoi sa wrecz zalane potokiem ludzi, motocykli i samochodow. Nigdy nie widzialem takiego natezenia ruchu i trakiego zgielku na ulicach jaki jest tu. Liczylismy i wyszlo nam, ze srednio na jeden samochod przypada 10 skuterow. Skutery sa po prostu wszedzie! Sa ich, setki, tysiace jesli nie miliony. Wyglada to tak jakby kazdy na komunie czy pod choinke dostawal skuter. A jazda wyglada tak, ze kazdy jedzie gdzie i jak chce trabiac przy tym bez przerwy. Ciezko to opisac, moze zdjecia czy filmik oddadza to bardziej. W sumie wyglada to bardzo ciekawie z pozycji chodnika. Turysci stoja i oczom nie wierza, ze przy takim 'sajgonie' nie ma wypadkow i trupow. Gorzej jak trzeba przejsc przez jezdnie. Pieszy nie ma ZADNYCH praw. Zasada jest nie biec tylko isc powoli, patrzac przy tym w oczy nadjezdzajacego kierowcy. Poki co nam wychodzi ale raz nie spojrzalem w lewo i tylko szarpniecie mnie prze Ole uratowalo mnie od czolowego ze skuterem. Centymetry dzielily mnie od kontuzji.Poza ruchem ulicznym Hanoi to calkiem ladne miasto. Nie ma tu zadnych oszalamiajacych zabytkow ale bardzo przyjemnie spaceruje sie wokol srodmiejskiego jeziorka i po uliczkach starowek. Wszedzie sa jakis knajpki, gdzie mozna zjesc za rozsadne pieniadze, internet chyba najtanszy na swiecie bo ponizej zlotowki za godzine, hoteli i agencji turystycznych tez od groma. Mieszkamy w przyjemnym hoteliku na starowce, na szczescie w bocznej uliczce wiec nie ma takiego halasu z ulicy. Odwiedzilismy wczoraj Teatr Kukielkowy gdzie owe kukielki tancza na wodzie. Przedstawienie odbywa sie kilka razy dziennie i na kazde jest komplet widzow. Siedzi sie tak jakby w kinie ale zamiast sceny jest basen z woda. Z boku wietnamska ekipa muzykow wykonuje ludowa muzyke a figurki, smoki, kaczki wariuja w basenie w rytm muzyki. Calkiem fajne i oryginalne. Odwiedzilismy tez muzem kobiet ale powialo nuda i udalismy sie dalej w miasto. Dzisiaj wstalismy rano i taksowka z licznikiem (po naleganiach) udalismy sie do ambasady chinskiej. Zlozylismy wnioski o wize do Chin i mamy ja odebrac za 5 dni. Wiza dla Polakow jest darmowa - nareszcie brak dodatkowych kosztow. Po wizycie w ambasadzie pomachalismy pomnikowi Lenina i udalismy sie w kierunku Muzeum i Mauzoleum Ho Chi Minha, bohatera narodowego Wietnamu. Wodz juz jakis czas nie zyje ale jego cialo jest zakonserwowane, tak jak jego kolegi Lenina w Rosji, i znajduje sie w tutejszym mauzoleum. Musimy jeszcze tylko ustalic czy Wujek Ho jest obecnie w Hanoi bo co roku jedzie na kilka miesiecy na konserwacje do Rosji. Ale odwiedzilismy jego muzeum, przedstawiajace zycie Ho Chi Minha od maego poprzez dzialalnosc rewolucyjna az do smierci. Skorzystalismy tez z lokalnego autobusu, ktore w Hanoi sa smiesznie tanie bo bilet kosztuje 45 groszy. Szkoda, ze nie mamy znizki. Posnulismy sie jeszcze troche po starowce i postanowilismy wykupic 2 dniowa wycieczke do zatoki Halong Bay, ktora jest obowiazkowym punktem do zwiedzenia w Wietnamie. Krecili tu jeden z odcinkow Jamesa Bonda. Zatoka to setki skal i gor wystajacych prosto z morza, pomiedzy ktorymi plywa sie stylowymi, starymi statkami z noclegiem w kajucie na statku. Agencji organizujacych wyjazdy tam sa tysiace i tyle samo opini o nich. Zaryzykowalismy w jednej, wygladajacej ok i mamy nadziej, ze bedzie tak jak nam obiecywano. W przypadku zatoki Halong Bay, paradoksalnie taniej jest wykupic wycieczke niz robic to na wlasna reke. Pozyjemy - zobaczymy. To tyle chyba z Hanoi. C.D.N.
Nasi bracia Wietnamczycy
Potem rozwine ten watek. Teraz tylko tyle, ze po dobie podrozy, autobusem i pociagiem i po pokonaniu ponad 1000km wyladowalismy wreszcie w Hanoi, stolicy Wietnamu. Udajemy sie na zwiedzanie. Wiecej tresci i obrazu innym razem. Aha, juz spotykamy Wietnamczykow znajacych Polske, bo tylu ich jest u nas, ze jestesmy tu popularni i ... szanowani.
czwartek, 29 listopada 2007
Podroz z tytoniem, ryzem, weglem czyli Lao Bus
Rano jak zwykle nie chcialo nam sie wstac bo do rannych ptaszkow nie nalezymy. Poszlismy na szybkie sniadanie do naszej ulubionej knajpki nad rzeka. Dolaczyli do nas nasi wczesniej poznani znajomi, ktorzy z ogronymi kacami na nowo wracali do zycia. Tego dnia mieli tak jak my wczoraj plynac na Don Det i zostac tam na kilka dni. Smialismy sie, ze tam nie wytrzezwieja chyba nigdy. Mamy nadzieje, ze dobrze sie bawili.
Przy sniadaniu zaczepil nas jeden jegomosc i zaproponowal podroz autobusem do Pakse. Zgodzilismy sie i poszlismy po swoje bagaze. Jakiez bylo nasze zdziwienie, kiedy to przy wyjsciu z g/h jego wlascicielka zarzadala zaplaty za pierwsza noc. Ponoc nie pamietala by jej placilismy, za to my dokladnie pamietalismy ze tak! Po naszym krotkim stwierdzeniu ze nie zamierzamy za nic dwa razy placic i to nie nasz wina ze Madame nie zapsuje swoich przychodow. Glupie, stare babsko popsulo nam na jakis czas humory. Pobieglismy do autobusu i tu kolejne zaskoczenie bo autobus byl juz pelen miejscowych a miejscami dla nas byly plastikowe taborety, ktore to rozklada sie w przejsciu miedzy fotelami. Razem z innymi bialymi nie mielismy wyjscia jak rozsiasc sie wygodnie pomiedzy workami z ryzem i kokosami. Tomek wraz z naszym nowo poznanym kolega z Nowej Zelandii - Simonem , dzielili tylnia kanape z 20 slomianymi koszami z tytoniem. Obok mnie laotanska para z dwojka dzieci. Tata na kolanach mial starszego a mama niemowlaka przyssanego do piersi.
Rozbawieni cala sytuacja postanowilismy dzielnie znosic trudy podrozy. W miare przybywajacych kilometrow przybywalo tez ludzi ( miejsca siedzace na taboretach) i wszelkiego rodzaju towarow - worki z ryzem, worki z kapusta i salata, motocykl a na koniec kilka worow w weglem drzewnym. Okolo 30 km od Pakse autobus pozbyl sie nieco dobr z wnetrza wiec Tomek i Simon mieli wreszcie cala kanape dla siebie. Pomagali nawet przy wyladunku tytoniu czym rozbawili caly autobus i pasazerowie wolali FALANG, FALANG co oznacza obcokrajowca. W nagrode dostali jakas szmate, ktora mogli przetrzec swoje siedzenie.
Poniewaz Simon tak jak my tego dnia chcial dostac do Savanekhet postanowilismy trzymac sie razem i dzielic koszty podrozy. Za jego namowa trafilismy do knajpki Delta Cafe, ktora jest prowadzona przez pare Australijczykow i podobno serwuje najlepsza kawe w Pakse. Kawa i jedzenie rzeczywiscie sa przepyszne. Czas naglil wiec zlapalismy kolejnego tuk-tuka i po krotkich negocjacjach trafilismy na dworzez polnocy w Pakse.
Przy sniadaniu zaczepil nas jeden jegomosc i zaproponowal podroz autobusem do Pakse. Zgodzilismy sie i poszlismy po swoje bagaze. Jakiez bylo nasze zdziwienie, kiedy to przy wyjsciu z g/h jego wlascicielka zarzadala zaplaty za pierwsza noc. Ponoc nie pamietala by jej placilismy, za to my dokladnie pamietalismy ze tak! Po naszym krotkim stwierdzeniu ze nie zamierzamy za nic dwa razy placic i to nie nasz wina ze Madame nie zapsuje swoich przychodow. Glupie, stare babsko popsulo nam na jakis czas humory. Pobieglismy do autobusu i tu kolejne zaskoczenie bo autobus byl juz pelen miejscowych a miejscami dla nas byly plastikowe taborety, ktore to rozklada sie w przejsciu miedzy fotelami. Razem z innymi bialymi nie mielismy wyjscia jak rozsiasc sie wygodnie pomiedzy workami z ryzem i kokosami. Tomek wraz z naszym nowo poznanym kolega z Nowej Zelandii - Simonem , dzielili tylnia kanape z 20 slomianymi koszami z tytoniem. Obok mnie laotanska para z dwojka dzieci. Tata na kolanach mial starszego a mama niemowlaka przyssanego do piersi.
Rozbawieni cala sytuacja postanowilismy dzielnie znosic trudy podrozy. W miare przybywajacych kilometrow przybywalo tez ludzi ( miejsca siedzace na taboretach) i wszelkiego rodzaju towarow - worki z ryzem, worki z kapusta i salata, motocykl a na koniec kilka worow w weglem drzewnym. Okolo 30 km od Pakse autobus pozbyl sie nieco dobr z wnetrza wiec Tomek i Simon mieli wreszcie cala kanape dla siebie. Pomagali nawet przy wyladunku tytoniu czym rozbawili caly autobus i pasazerowie wolali FALANG, FALANG co oznacza obcokrajowca. W nagrode dostali jakas szmate, ktora mogli przetrzec swoje siedzenie.
Poniewaz Simon tak jak my tego dnia chcial dostac do Savanekhet postanowilismy trzymac sie razem i dzielic koszty podrozy. Za jego namowa trafilismy do knajpki Delta Cafe, ktora jest prowadzona przez pare Australijczykow i podobno serwuje najlepsza kawe w Pakse. Kawa i jedzenie rzeczywiscie sa przepyszne. Czas naglil wiec zlapalismy kolejnego tuk-tuka i po krotkich negocjacjach trafilismy na dworzez polnocy w Pakse.
Na dworcu poludniowym panuje zupelne szlenstwo a tu cicho i spokojnie. Zwatplismy czy oby jestesmy we wlasciwym miejscu, ale kiedy w koncu kupilimy bilety naszym jedynym zmartwieniem bylo jedynie o ktorej bedzie autobus. Na szczescie nie czekalismy dlugo. Autobus choc nie najnowszy byl duzy i przestronny i mial tylko kilku pasazerow wiec podroz do Savanekhet byla nieuciazliwa. Na miejsce dojechalismy juz po zmroku. Dosyc szybko znalezlismy nocleg, troszke taki podupadly ale na jedna noc obleci. Zalatwilismy tez bilety na kolejny dzien do Wietnamu, kolacja i spanie.
Migawki z Savanakhet
Wycieczka Mekongiem na imprezowe wyspy zwane Happy Islands
Tego dnia wstalismy juz przed 7 rana by zjesc szybkie sniadanko i udac sie na lodz, ktora miala nas zabrac do wysp Don Det i Don Khon. Wreszcie mielismy okazje przeplynac sie lodzia po Mekongu. Razem z nami jeszcze 4 osoby, ktore plynely tylko w jedna strone. Prawie kazdy g/h na Don Khong oferuje takie wycieczki za 6$ za osobe. Nasz nie byl wyjatkiem i dalismy zarobic snobistycznej wlascicielce. Podroz w jedna strone zajumje okolo 1,5 godz. Po dotarciu do Don Det okazalo sie ze musimy byc na niej o godzine krocej bo naszemu "kapitanowi" sie wyjatkowo spieszy i takie tam gatki. Angielski mizerny wiec nie dogadasz sie wcale. Zawiedzeni nieco tym faktem ale ciagle w dobrych humorach wypozyczylismy sobie rowerki by pojezdzic nieco po wyspach. Don Det jest mniejsza i jest najbardziej imprezowa wyspa w rozlewisku Mekongu. Hostele i bary przeplataja sie nawzajem, po ulicach biegaja kurczaki i walczace ze sobe koguty a ludzie sprawiaja wrazenie jakby byli zawieszeni w czasie i przestrzeni. Don Det nie ma nawet drogi tylko waska drozke - wystarczajaca by minely sie na niej dwa skutery. Nie ma tez lini energetycznej a pradu dostarczaja w godzinach wieczornych generatory.Wyspa wsrod backpackersow slynie z niekonczacych sie imprez do bialego rana. Jadac wzdluz brzegu dojechalismy do mostu laczacego Don Det z nieco wieksza Don Khon. Wyspa wydala nam sie ladniejsza i nieco spokojniejsza a jej nadbrzeze porosniete jest pieknym gajem palmowym. Wstep na wyspe jest platny i kosztuje 9000kip za osobe. Zaraz za mostem znajduje sie malenki odcinek torow kolejowych i stara, zardzewiala francuska lokomatywa. To jedyny tor kolejowy w Laosie i pamiatka po kolonialnych czasach. Tomek jako milosnik koleji nie mogl przejsc obok niej obojetnie. Pojechalismy w glab wyspy, gdzie wlasnie dobiegaja konca zniwa ryzowe. Leniwe bawoly siedza w sadzawkach i patrza na nas zaciekawione, po co sie na nie gapimy. Po okolo 20 minutach dojezdzamy do wodspadu, ktory jest znacznie wiekszy niz sie pierwotnie spodziewalismy. Woda splywa z roznych stron tworzac sporej wielkosci kaskady. Zar z nieba dawal nam sie w odczuwac bolesnie wiec udalismy sie do malej knajpki prowadzonej przej biedna, laotanska rodzinke. Prowadzona przez nich prymitywna "restauracja" jest chyba wszystkim co maja. Wokolo biegala trojka malych urwisow, ktorzy mieli slodkie umorusane buzki. Tomek robil im zdjecia a potem pokazywal jak wygladaja na zdjeciach. Musialo sie im podobac bo jeden z nich objal Tomka i przytulil sie do niego.
Czas nas naglil wiec postanowilismy wracac. Zatrzymalismy sie jeszcze w restauracji nad brzegiem Mekongu i zjedlismy pyszny obiadek. Tak sie zasiedzielismy, ze na przystajn w Don Det dotarlismy z malym opoznieniem. Nasza lodz juz na nas czekala a ze bylismy jedynymi pasazerami poczulismy sie jak na romantycznej wycieczce i w ciszy podziwialismy piekno okolicy.
Do Don Khong dotarlismy kiedy slonce chylilo sie ku zachodowi.
Zdjecia wkrotce, jak czas i sprzet pozwoli....
Czas nas naglil wiec postanowilismy wracac. Zatrzymalismy sie jeszcze w restauracji nad brzegiem Mekongu i zjedlismy pyszny obiadek. Tak sie zasiedzielismy, ze na przystajn w Don Det dotarlismy z malym opoznieniem. Nasza lodz juz na nas czekala a ze bylismy jedynymi pasazerami poczulismy sie jak na romantycznej wycieczce i w ciszy podziwialismy piekno okolicy.
Do Don Khong dotarlismy kiedy slonce chylilo sie ku zachodowi.
Zdjecia wkrotce, jak czas i sprzet pozwoli....
Swiatynia Champasaki i klimatyczna laotanska wioska
Tekst i zdjecia wkrotce, jak czas i sprzet pozwoli....
Ciezki zywot palacza - czyli podroz do poludniowego Laosu
Z g/h odebral nas busik ze znacznym opoznieniem i juz po chwili wiedzielismy ze bedzie to niezwykla jazda. Kierowca hamowal i ruszal z taka energia, ze rzucalo nami na prawo i lewo. Dojazd na poludniowy dworzec autobusowy zajmuje sporo czau, a my trafilismy jeszcze na jakas wieczorna impreze i tlumy Laotanczykow ciagnely do miasta. Z dworca o 20.30 odjezdzaja az 4 autobusy do Pakse na poludniu Laosu. Dwa z nich to tzw. bed bus z kuszetkami do spania a dwa pozostale to dobrej jakosci pietrowe autobusy, oswietlone klorowymi lampkami jak chinka na Boze Narodzenie. Nasze miejsca w autobusie byly juz zajete przez dwoch Francuzow, ktorzy leniwie pili piwo i wcale nie mieli zamiaru sie przesiasc. Ale ja nie daje sie tak latwo zbyc i wkrotce zasiadamy na naszych miejscach. Tu przed nami zasiadla para Kanadyjczykow - rozmawiali polowe drogi po angielsku a druga po francusku, a tuz obok nich ich dwoch wspanialych kolegow. Autobus jeszcze ie ruszyl a oni juz chetnie dzielili sie ze wspoltowarzyszami piwem i whisky. Ta mikstura musiala w koncu dac o sobie znac. Zaczelo sie od okupacji toalety przez jednego z nich, bo zwyczajnie biedaczkowi zrobilo sie niedobrze. Po jakis 15 minutach dolaczyla do niego reszta ekipy okazujac serce i litosc. Po kolejnych 10 minutach autobus w ekspresowym tempie zaczal wypelniac sie dymem papierosowym ku wielkiemu zdziwieniu kierowcy, jego pomocnikow i reszty wspolpasazerow. Okazalo sie, ze pierwszy kolega po oproznieniu zoladka i kolejnych lykach piwa nie mogl sie powstrzymac od palenia. Zapomnial tylko nieszczesny, ze w autobusie sie nie pali i nie mogl zrozumiec dlaczego. Pomocnik kierowcy uzyl odswiezacza powietrza i wydawalo sie , ze wszystko wkrotce wroci do normy. Bylismy jednak w ogromnym bledzie, bo kolega zapalil sobie po raz drugi, trzeci i czwarty. Za kazdym razem scenariusz byl taki sam - dym - interwencja pomocnikow i pasazerow - odswiezacz! Kiedy ekipa wrocila w koncu na miejsca rozpoczal sie dlugi etap picia piwa , glosne rozmowy, sluchanie muzyki z mp3 z pelna moca, montowanie latarki w wylocie klimatyzacji i testowanie fotela pasazera tak, ze Tomek nie mial juz co zrobic z kolanami. Jeden z kolegow podniecony muzyka przetanczyl rekami reszte nocy siedzac wygodnie w swoim fotelu. Etap picia piwa zakonczyl sie na parkingu, kiedy to o 6.15 rano autobus dotarl do Pakse. Autobus trase z Vientian do Pakse ( okolo 700 km) pokonal w niecale 10 godzin, a bilet kosztowal 17000 tys kip na osobe.

W tle po prawej stoja wlasnie 'palacze' alkoholicy.
piątek, 23 listopada 2007
Vientiane - dzien drugi
Plany na dziesiejszy dzien mielismy ambitne ale tak nam sie nie chcialo rano zmobilizowac, ze zamiast jechac do oddalonego o 25km od Vientain Parku Buddy zostalismy w stolicy. Dzis wieczorem o 20.30 jedziemy nocnym autobusem do Pakse na poludniu Laosu.Bilety zakupilsmy wczoraj w naszym g/h za 17000kip za osobe.Rano spakowalismy sie i zostawilismy bagaze na przechowanie w naszej recepcji. W Vientain zobaczylismy juz prawie wszystko co bylo warte zobaczenia wiec szczegolnych planow nie mielismy. Postanowilismy zaczac od pysznego sniadanka w znanej nam juz wietnamskiej knajpce nad Mekongiem. Po wyciagnieciu kasy z naszej karty postanowilsmy powloczyc sie po miescie. Trafilismy na strzelnice sportowa, gdzie Tomaszek po raz pierwszy z zyciu sprobowal swoim mozliwosci strzeleckich. Powiem szczerze, ze poszlo mu calkiem niezle i powaznie zastanawiamy sie nad odwiedzeniem klubu strzeleckiego w naszym miescie zwlaszcza, ze preznie w nim dziala moja kolezanka ze studiow.





Dom Kultury w Vientiane

Smieszni ludzie spotkani w drodze

Po strzelaniu przyszedl czas na miejski basen, gdzie w kameralnym gronie odpoczelismy nieco od upalu w cieniu paralosa. Tomaszek chcial poplywac ale okazalo sie ku naszemu wielkiemu zdziwieniu, ze woda jest strasznie zimna i stanowczo zniechca do kapieli. Tylko maly Laotanczyk jakos zimnej wody sie nie bal i bezustannie sie w niej pluskal. Po uroczym obiadku z piwkiem oczywiscie , reszte popoludnia spedzilismy w biurze Green Discovery buszujac po internecie. Buzka!
Dom Kultury w Vientiane
Smieszni ludzie spotkani w drodze
Po strzelaniu przyszedl czas na miejski basen, gdzie w kameralnym gronie odpoczelismy nieco od upalu w cieniu paralosa. Tomaszek chcial poplywac ale okazalo sie ku naszemu wielkiemu zdziwieniu, ze woda jest strasznie zimna i stanowczo zniechca do kapieli. Tylko maly Laotanczyk jakos zimnej wody sie nie bal i bezustannie sie w niej pluskal. Po uroczym obiadku z piwkiem oczywiscie , reszte popoludnia spedzilismy w biurze Green Discovery buszujac po internecie. Buzka!
Vientiane - wyluzowana stolica nad Mekongiem
Wczoraj rano zdecydowalismy, ze nie bedziemy juz zmieniac naszego hoteliku i zostaniemu tu na kolejna noc.Zwiedzanie stolicy Laosu nie jest zbyt trudne, bo zabytkow jako takich nie ma, a samo centrum mozna w krotkim czasie przejsc na piechote. Dlatego tez Vientian ma opinie "przerosnietej wsi" ale my postanowilismy mu dac szanse.






Kolejnym punktem zwidzania byl kryty bazar Talat Sao - najwiekszy w stolicy. Mozna tu kupic laotanskie rekodzielo, a takze sprzet AGD i RTV, zegarki ( caly milion chyba?!)oraz roznego rodzaju tekstylia z czego ulubiona w podrabianiu marka w Laosie jest zdecydowanie Lacoste ( znaczek krokodyla widnieje doslownie na wszystkim).Vientian ma wiele buddyjskich swiatyn i pewnie trudno wszystkie odwiedzic a potem zapamietac. Kilka z nich jest jednak naprawde starych i wartych owiedzenia. My wybralismy dwie: Wat Si Saket i Haw Pha Kaeo. Do obu z nich wstep kosztuje po 5000 kip za osobe. Wat Si Saket zostala zbudowana miedzy 1819 a 1824 rokiem i jest uwarzana za najstarsza, zachowana swiatynie Vientian. slynie tez z tego, ze na jej terenie znajduje sie ponad 1000 malutkich figurek Buddy wykonanych glownie z drena, kamienia, srebra i brazu. Figurki znajduja sie w malutkich niszach w scianach swiatyni jak i murach otaczajcych kompleks. Tu obok znajduje sie palac prezydenta Laosu w idalnej wrecz kondycji.




Partyjka w warcaby




Z palacu jest doslownie rzut beretem do Mekongu, gdzie na drugim brzegu znajduje sie juz Tajlandia. spacerujac wzdluz rzeki dotarlismy do kolejnego punktu wycieczki czyli wietnamskiej restauracji PVO serwujacej switne dania kuchni wietnamskiej po bardzo rozsadnych cenach. Za obiad dla nas dwojga i dwa duze piwa Beer Lao zaplacilismy 4$! Slonce zblizalo sie ku zachodowi wiec postanowilsmy zkonczyc spacer i poszlismy posiedziec na internecie. Polecamy internet znajdujacy sie w biurze Green Discovery Laos. Za godzine netu trzeba zaplacic 6000kip. Wszystkie komputery sa nowe a internet dziala naprawde szybko. Po tym serfowaniu zglodnielismy nieco wiec poszlismy znowu nad brzeg Mekongu gdzie szybciutko zjedlismy kolacyjke w Mekong River Restaurant. Szybciutko bo po raz pierwszy od czasu kiedy jestsmy w Losie komary nie dawaly nas spokoju! W drodze do g/h bylismy swiadkami ciekawej scenki. Mlody mnich przechodzil przez plot otaczajcy kompleks swiatynny - pewnie spoznil sie troszke?- a jakis inny mlody Laotanczyk pomagal mu aby przy przechodzeniu nie potargaly sie jego pomaranczowe szaty. Bardzo nas to rozbawilo!
Sercem miasta jest ulica Th Lan Xang ciagnaca sie od Luku triumfalnego az do palacu prezdenckiego. Jak na byla kolonie francuska przystalo, na wzor luku w Paryzu powstal i ten w Vientian. Ten w Paryzu jest oczywiscie duzo ladniejszy i wiekszy. Podobno luk w Vientian powstal z amerykanskiego cementu, ktory to Amarykanie podarowali Loatanczykom i mial on sluzyc do budowy lotniska. Stalo sie jednak inaczej i dlatego tez luk nazywany jest ironicznie "pionowym pasem startowym". W ciagu dnia mozna wejsc na sama gore ( 3000kip/osoba )i "podziwiac" panorame stolicy. Vientian ma niska zabudowe i brakuje tu jakichkolwiek drapaczy chmur jak na dotychczas odwiedzone przez nas stoilce przystalo. Luk otoczony jest sporym skwerkiem zieleni z dwoma fontannami a takze masztami, na ktorych znajduja sie chyba prawie wszystkie flagi panstw swiata. Odszukanie polskiej nie stanowily najmniejszego problemu.
POLSKA - bialo - czerwoni
Kolejnym punktem zwidzania byl kryty bazar Talat Sao - najwiekszy w stolicy. Mozna tu kupic laotanskie rekodzielo, a takze sprzet AGD i RTV, zegarki ( caly milion chyba?!)oraz roznego rodzaju tekstylia z czego ulubiona w podrabianiu marka w Laosie jest zdecydowanie Lacoste ( znaczek krokodyla widnieje doslownie na wszystkim).Vientian ma wiele buddyjskich swiatyn i pewnie trudno wszystkie odwiedzic a potem zapamietac. Kilka z nich jest jednak naprawde starych i wartych owiedzenia. My wybralismy dwie: Wat Si Saket i Haw Pha Kaeo. Do obu z nich wstep kosztuje po 5000 kip za osobe. Wat Si Saket zostala zbudowana miedzy 1819 a 1824 rokiem i jest uwarzana za najstarsza, zachowana swiatynie Vientian. slynie tez z tego, ze na jej terenie znajduje sie ponad 1000 malutkich figurek Buddy wykonanych glownie z drena, kamienia, srebra i brazu. Figurki znajduja sie w malutkich niszach w scianach swiatyni jak i murach otaczajcych kompleks. Tu obok znajduje sie palac prezydenta Laosu w idalnej wrecz kondycji.
Partyjka w warcaby
Z palacu jest doslownie rzut beretem do Mekongu, gdzie na drugim brzegu znajduje sie juz Tajlandia. spacerujac wzdluz rzeki dotarlismy do kolejnego punktu wycieczki czyli wietnamskiej restauracji PVO serwujacej switne dania kuchni wietnamskiej po bardzo rozsadnych cenach. Za obiad dla nas dwojga i dwa duze piwa Beer Lao zaplacilismy 4$! Slonce zblizalo sie ku zachodowi wiec postanowilsmy zkonczyc spacer i poszlismy posiedziec na internecie. Polecamy internet znajdujacy sie w biurze Green Discovery Laos. Za godzine netu trzeba zaplacic 6000kip. Wszystkie komputery sa nowe a internet dziala naprawde szybko. Po tym serfowaniu zglodnielismy nieco wiec poszlismy znowu nad brzeg Mekongu gdzie szybciutko zjedlismy kolacyjke w Mekong River Restaurant. Szybciutko bo po raz pierwszy od czasu kiedy jestsmy w Losie komary nie dawaly nas spokoju! W drodze do g/h bylismy swiadkami ciekawej scenki. Mlody mnich przechodzil przez plot otaczajcy kompleks swiatynny - pewnie spoznil sie troszke?- a jakis inny mlody Laotanczyk pomagal mu aby przy przechodzeniu nie potargaly sie jego pomaranczowe szaty. Bardzo nas to rozbawilo!
Poranny przemarsz mnichow w Luang Prabang - czyli jak zepsuc piekna tradycje
Tego dnia wstalismy bardzo wczesnie gdyz o 5.20 rano by zobaczyc odbywajacy sie kazdego dnia o swicie przemarsz mnichow po miescie i zbiorke jedzenia przez nich. Jest to stara, piekna tradycja, ktora to MY-BIALI potrafilsmy popsuc! Zaczne od poczatku.Zaraz po dotarciu na glowna ulice Luang Prabang musielismy sie odganiac doslownie co minute od jakijs natretnej na maksa przkupki probujacej sprzedac na jedzenie dla mnichow - glownie w postaci gotownego ryzu i owocow. Przewodnik po Luang Prabang, ktory to otrzymalismy w miejscowej informacji turystycznej zdecydowanie odradza kupownie od owych przkupek czegokolwiek. Turysci jak najbardziej moga uczestniczyc w procesji ale przewodnik prosi o kupowanie jedzenia duzo wczesnie na lokalnych targach wspierajac w ten sposob miejscowych w nalezyty sposob. Panie przekupki sprzedaja jedzenie po wygorowanych cenach i wcale nie mysla o wyzywieniu mnichow ale o wlasnym interesie, czego w szokujacy sposob bylismy swiadkami. Teraz slow kilka o bialych. Przemarsz mnichow ma charakter religijny- co podkresla przewodnik - i nalezy sie wczesniej do niego przygotowac i w zadnym wypadku nie przeszkadzac. Widac jednak, ze nie wszyscy czytali przewodnik i zrobili sobie z tego cyrkowe przedstawienie i fotograficzna sesje! Przewodnik prosi by odpowiednio sie ubrac, czyli miec zakryte ramoina i dlugie spodnie i jesli nie uczestniczy sie w procesji nalezy stac po drugiej stronie w ciszy. Mozna robic mnichom zdjecia ale nie z bliskiej odleglosci i nie wolno urzywac flesza by nie dekoncentroac mnichow. I tu bylismy swiadkami kolejego popisu "bialych". Stroje niektorych pozostawialy duzo do zyczenia a blyski fleszy nad glowami mnichow robily taka jasnosc jak pioruny na nocnym niebie. To dla "bialych" nie mialo znaczenia bo wazne jest tylko idalne zdjecia. Oczywiscie nie wszyscy biali pozbawienia sa wyczucia taktu i tak jak my stali po drugiej stronie ulicy i obserwowali caly przemarsz. Pewnie byli tak samo oburzeni jak my i zdenerwowani bo trudno bylo zrobic zdjecie w tym calym balaganie. Do tego przekupy ciagle namawiajace do kupna jedzenia i z premedytacja kleczace za bialymi, ktorzy zdecydowali sie dawac jedzenie mnichom. Kiedy przekupa zobaczyla, ze ktoremus z bialych konczy sie zapsa jedzenia usilnie wciskaly mu nastepne porcje. Jedna Kanadyja przeszla chyba sama siebie i idiotycznym usmiechem na twarzy brala w koncu od nich wszystko a jej maz stal metr obok i z rozlozonym statywem robil setki zdjec. Po prostu brak slow! Po calej procesji bylo wielkie liczenie kasy przez przekupki! Dzieki miedzy innymi Kanadyjce portfele dewotek nie moga pomiescic kasy. Pogratulowac tylko klasy a raczej jej braku!Rozczarowani nieco, a dodam ze w Tomaszku gotowalo sie bardzo - wrocilismy do hotelku na dalsza drzemke. Tego dnia chcielismy odwiedzic jeszcze Muzeum Krolewskie ale jest otwarte tylko do 10.30 rano i my przespalismy godziny otwarcia. Pospacerowalismy wiec znow po malych uliczkach nad brzegiem Mekongu i tak dotarlismy do zdecydowanie najstarszej swiatyni w miescie - Wat Xieng Thong ( wstep 2$/osoba). Swiatynia jest naprawde stara i dosc widowiskowa. Na koniec dnia wspielismy sie jeszcze na wzgorze Phu Si ( wstep 2$/osoba) skad z setka turystow podziwialismy panorame Luang Prabang i slonce zachodzace nad Mekongiem. Poszlismy dosc wczesnie spac by nastepnego ranka wsiasc w autobus do stolicy Laosu - Vientian.
Autor - OLA
Zdjecia wkrotce...
Autor - OLA
Zdjecia wkrotce...
wtorek, 20 listopada 2007
Luang Prabang
Znalezienie noclegu w Luang Prabang wcale nie okazalo sie takie latwe. Zbiegalismy z plecakami pol miasta i wszystko bylo pelne!!! Niewiarygodne ilu jest tutaj turystow, doslownie jak w Wenecji czy Krakowie. Ale spotkalismy na jednej z ulic 4 Polki i one polecily nam jedna uliczke belna guesthousow i tam tez sie udalismy.
Wczoraj wreszcie mielismy okazje pospac dluzej i na miasto wyruszylismy dopiero po11.
Parking przed wodospadami jest duzy i wypelniony busami i tuk-tukami. Pelno straganow w ubraniami, pamiatkami i jedzeniem po zbyt wygorowanych cenach. Bilet wstepu na teren wodospadow kosztuje 2$ od osoby i jest warty swojej ceny. Najpierw poszlismy zobaczyc "atrakcje wodospadow" czyli czarne niedzwiedzie i tygrysa, trzymanych w klatce. Juz podczas podrozy zastanawialismy sie jak dzikie zwierzeta trzymane w klatece moga byc atrakcja. I jakiez bylo nasze wielkie zdziwienie, kiedy zobaczylismy ze klatki stanowia sporej wielkosci wybiegi. Zarowno niedzwiedzie jak i tygrys sa zwierzetami, ktore laotanscy milosnicy zwierzat odebrali z nielegalnych hodowli i teraz probuja dla nich stworzyc nowy dom. Pelne podziwu.
Same wodospady sa naprawde urocze. Szerokie rozlewiska z piekna turkusowa woda zachecaja do kapieli mimo zimnej wody. Chetnych nie brakuje. Tomaszek tez dal sie skusic!
Wczoraj wreszcie mielismy okazje pospac dluzej i na miasto wyruszylismy dopiero po11.
Sniadanie na ulicy
Luang Prabang to historyczna stolica Laosu. Miasto przezywalo swoj rozwkit w XIVw za panowania krola Fa Ngoum i to wlasnie za jego przyczyna powstala jego nazwa. Ow krol w 1353 roku - czyli wieki temu - otrzymal od khmerskiego krola 83 cm statuetke zlotego Buddy - zwana Phra Bang i to od nazwy owego Buddy jest dzisiejsza nawza miasta.
Kolejny rozwkit miasto przezywalo podczas czasow kolonii francuskiej. Z tego to okresu pochodzi obecna zabudowa miasta, ktora jest urocza. Swiat docenil piekno Luang Prabang i cale miasto w 1995 roku zostalo wpisane na liste swiatowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.
Ze zwiedzaniem postanowilismy poczekac jednak na nastepny dzien. Zrobilismy sobie tyle krotki spacer na starych uliczkach tuz nad brzegiem Mekongu i przed 13 znowu bylismy w naszym hoteliku, gdyz rano recepcjonista namowil nas na wycieczke na wodospady Kuang Si za 4$ dla osoby. Troszke naczekalismy sie na mini busa, ktorym to z innymi milosnikami piekna natury udalismy sie w droge. Podroz trwala niedlugo bo wodospady znajduja sie jakies 25 km od miasta. Jechalismy przez tereny wiejskie gdzie wlasnie trwaja ryzowe zniwa. Kobiety i mezczyzni w slomianych kapeluszach na glowach cala prace wykonuja recznie za pomoca sierpow. Potem wiaza ryz w male snopki i czesto na plecach niosa do samego domu. W tej ciezkiej fizycznej pracy pomagaja im dzieci.
Nasz kierowca przemknal przez wsie z predkoscia swiatla co troche trabiac na przechodzace przez droge krowy, bawoly, kaczki, kwoke z 7 kurczakami, psy a na koncu sprytnie wyminal czarnego weza!
Ze zwiedzaniem postanowilismy poczekac jednak na nastepny dzien. Zrobilismy sobie tyle krotki spacer na starych uliczkach tuz nad brzegiem Mekongu i przed 13 znowu bylismy w naszym hoteliku, gdyz rano recepcjonista namowil nas na wycieczke na wodospady Kuang Si za 4$ dla osoby. Troszke naczekalismy sie na mini busa, ktorym to z innymi milosnikami piekna natury udalismy sie w droge. Podroz trwala niedlugo bo wodospady znajduja sie jakies 25 km od miasta. Jechalismy przez tereny wiejskie gdzie wlasnie trwaja ryzowe zniwa. Kobiety i mezczyzni w slomianych kapeluszach na glowach cala prace wykonuja recznie za pomoca sierpow. Potem wiaza ryz w male snopki i czesto na plecach niosa do samego domu. W tej ciezkiej fizycznej pracy pomagaja im dzieci.
Nasz kierowca przemknal przez wsie z predkoscia swiatla co troche trabiac na przechodzace przez droge krowy, bawoly, kaczki, kwoke z 7 kurczakami, psy a na koncu sprytnie wyminal czarnego weza!
Parking przed wodospadami jest duzy i wypelniony busami i tuk-tukami. Pelno straganow w ubraniami, pamiatkami i jedzeniem po zbyt wygorowanych cenach. Bilet wstepu na teren wodospadow kosztuje 2$ od osoby i jest warty swojej ceny. Najpierw poszlismy zobaczyc "atrakcje wodospadow" czyli czarne niedzwiedzie i tygrysa, trzymanych w klatce. Juz podczas podrozy zastanawialismy sie jak dzikie zwierzeta trzymane w klatece moga byc atrakcja. I jakiez bylo nasze wielkie zdziwienie, kiedy zobaczylismy ze klatki stanowia sporej wielkosci wybiegi. Zarowno niedzwiedzie jak i tygrys sa zwierzetami, ktore laotanscy milosnicy zwierzat odebrali z nielegalnych hodowli i teraz probuja dla nich stworzyc nowy dom. Pelne podziwu.
Same wodospady sa naprawde urocze. Szerokie rozlewiska z piekna turkusowa woda zachecaja do kapieli mimo zimnej wody. Chetnych nie brakuje. Tomaszek tez dal sie skusic!
Po dwoch godzinach obcowania z natura udalismy sie w droge powrotna do Luang Prabang.
Po doprowadzenia sie do porzadku ruszylismy na pyszne wegetarianskie dania z piwkiem BEER LAO oczywiscie i na spacer na nocnym targu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















