Tego dnia wstalismy juz przed 7 rana by zjesc szybkie sniadanko i udac sie na lodz, ktora miala nas zabrac do wysp Don Det i Don Khon. Wreszcie mielismy okazje przeplynac sie lodzia po Mekongu. Razem z nami jeszcze 4 osoby, ktore plynely tylko w jedna strone. Prawie kazdy g/h na Don Khong oferuje takie wycieczki za 6$ za osobe. Nasz nie byl wyjatkiem i dalismy zarobic snobistycznej wlascicielce. Podroz w jedna strone zajumje okolo 1,5 godz. Po dotarciu do Don Det okazalo sie ze musimy byc na niej o godzine krocej bo naszemu "kapitanowi" sie wyjatkowo spieszy i takie tam gatki. Angielski mizerny wiec nie dogadasz sie wcale. Zawiedzeni nieco tym faktem ale ciagle w dobrych humorach wypozyczylismy sobie rowerki by pojezdzic nieco po wyspach. Don Det jest mniejsza i jest najbardziej imprezowa wyspa w rozlewisku Mekongu. Hostele i bary przeplataja sie nawzajem, po ulicach biegaja kurczaki i walczace ze sobe koguty a ludzie sprawiaja wrazenie jakby byli zawieszeni w czasie i przestrzeni. Don Det nie ma nawet drogi tylko waska drozke - wystarczajaca by minely sie na niej dwa skutery. Nie ma tez lini energetycznej a pradu dostarczaja w godzinach wieczornych generatory.Wyspa wsrod backpackersow slynie z niekonczacych sie imprez do bialego rana. Jadac wzdluz brzegu dojechalismy do mostu laczacego Don Det z nieco wieksza Don Khon. Wyspa wydala nam sie ladniejsza i nieco spokojniejsza a jej nadbrzeze porosniete jest pieknym gajem palmowym. Wstep na wyspe jest platny i kosztuje 9000kip za osobe. Zaraz za mostem znajduje sie malenki odcinek torow kolejowych i stara, zardzewiala francuska lokomatywa. To jedyny tor kolejowy w Laosie i pamiatka po kolonialnych czasach. Tomek jako milosnik koleji nie mogl przejsc obok niej obojetnie. Pojechalismy w glab wyspy, gdzie wlasnie dobiegaja konca zniwa ryzowe. Leniwe bawoly siedza w sadzawkach i patrza na nas zaciekawione, po co sie na nie gapimy. Po okolo 20 minutach dojezdzamy do wodspadu, ktory jest znacznie wiekszy niz sie pierwotnie spodziewalismy. Woda splywa z roznych stron tworzac sporej wielkosci kaskady. Zar z nieba dawal nam sie w odczuwac bolesnie wiec udalismy sie do malej knajpki prowadzonej przej biedna, laotanska rodzinke. Prowadzona przez nich prymitywna "restauracja" jest chyba wszystkim co maja. Wokolo biegala trojka malych urwisow, ktorzy mieli slodkie umorusane buzki. Tomek robil im zdjecia a potem pokazywal jak wygladaja na zdjeciach. Musialo sie im podobac bo jeden z nich objal Tomka i przytulil sie do niego.
Czas nas naglil wiec postanowilismy wracac. Zatrzymalismy sie jeszcze w restauracji nad brzegiem Mekongu i zjedlismy pyszny obiadek. Tak sie zasiedzielismy, ze na przystajn w Don Det dotarlismy z malym opoznieniem. Nasza lodz juz na nas czekala a ze bylismy jedynymi pasazerami poczulismy sie jak na romantycznej wycieczce i w ciszy podziwialismy piekno okolicy.
Do Don Khong dotarlismy kiedy slonce chylilo sie ku zachodowi.
Zdjecia wkrotce, jak czas i sprzet pozwoli....
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz