piątek, 23 listopada 2007

Poranny przemarsz mnichow w Luang Prabang - czyli jak zepsuc piekna tradycje

Tego dnia wstalismy bardzo wczesnie gdyz o 5.20 rano by zobaczyc odbywajacy sie kazdego dnia o swicie przemarsz mnichow po miescie i zbiorke jedzenia przez nich. Jest to stara, piekna tradycja, ktora to MY-BIALI potrafilsmy popsuc! Zaczne od poczatku.Zaraz po dotarciu na glowna ulice Luang Prabang musielismy sie odganiac doslownie co minute od jakijs natretnej na maksa przkupki probujacej sprzedac na jedzenie dla mnichow - glownie w postaci gotownego ryzu i owocow. Przewodnik po Luang Prabang, ktory to otrzymalismy w miejscowej informacji turystycznej zdecydowanie odradza kupownie od owych przkupek czegokolwiek. Turysci jak najbardziej moga uczestniczyc w procesji ale przewodnik prosi o kupowanie jedzenia duzo wczesnie na lokalnych targach wspierajac w ten sposob miejscowych w nalezyty sposob. Panie przekupki sprzedaja jedzenie po wygorowanych cenach i wcale nie mysla o wyzywieniu mnichow ale o wlasnym interesie, czego w szokujacy sposob bylismy swiadkami. Teraz slow kilka o bialych. Przemarsz mnichow ma charakter religijny- co podkresla przewodnik - i nalezy sie wczesniej do niego przygotowac i w zadnym wypadku nie przeszkadzac. Widac jednak, ze nie wszyscy czytali przewodnik i zrobili sobie z tego cyrkowe przedstawienie i fotograficzna sesje! Przewodnik prosi by odpowiednio sie ubrac, czyli miec zakryte ramoina i dlugie spodnie i jesli nie uczestniczy sie w procesji nalezy stac po drugiej stronie w ciszy. Mozna robic mnichom zdjecia ale nie z bliskiej odleglosci i nie wolno urzywac flesza by nie dekoncentroac mnichow. I tu bylismy swiadkami kolejego popisu "bialych". Stroje niektorych pozostawialy duzo do zyczenia a blyski fleszy nad glowami mnichow robily taka jasnosc jak pioruny na nocnym niebie. To dla "bialych" nie mialo znaczenia bo wazne jest tylko idalne zdjecia. Oczywiscie nie wszyscy biali pozbawienia sa wyczucia taktu i tak jak my stali po drugiej stronie ulicy i obserwowali caly przemarsz. Pewnie byli tak samo oburzeni jak my i zdenerwowani bo trudno bylo zrobic zdjecie w tym calym balaganie. Do tego przekupy ciagle namawiajace do kupna jedzenia i z premedytacja kleczace za bialymi, ktorzy zdecydowali sie dawac jedzenie mnichom. Kiedy przekupa zobaczyla, ze ktoremus z bialych konczy sie zapsa jedzenia usilnie wciskaly mu nastepne porcje. Jedna Kanadyja przeszla chyba sama siebie i idiotycznym usmiechem na twarzy brala w koncu od nich wszystko a jej maz stal metr obok i z rozlozonym statywem robil setki zdjec. Po prostu brak slow! Po calej procesji bylo wielkie liczenie kasy przez przekupki! Dzieki miedzy innymi Kanadyjce portfele dewotek nie moga pomiescic kasy. Pogratulowac tylko klasy a raczej jej braku!Rozczarowani nieco, a dodam ze w Tomaszku gotowalo sie bardzo - wrocilismy do hotelku na dalsza drzemke. Tego dnia chcielismy odwiedzic jeszcze Muzeum Krolewskie ale jest otwarte tylko do 10.30 rano i my przespalismy godziny otwarcia. Pospacerowalismy wiec znow po malych uliczkach nad brzegiem Mekongu i tak dotarlismy do zdecydowanie najstarszej swiatyni w miescie - Wat Xieng Thong ( wstep 2$/osoba). Swiatynia jest naprawde stara i dosc widowiskowa. Na koniec dnia wspielismy sie jeszcze na wzgorze Phu Si ( wstep 2$/osoba) skad z setka turystow podziwialismy panorame Luang Prabang i slonce zachodzace nad Mekongiem. Poszlismy dosc wczesnie spac by nastepnego ranka wsiasc w autobus do stolicy Laosu - Vientian.

Autor - OLA
Zdjecia wkrotce...

Brak komentarzy: