piątek, 7 grudnia 2007
Hanoi - dajmy szanse Wietnamczykom
Znowu trafilismy do Hanoi - tym razem na dworcu kolejowym bylismy juz o 4.30 rano. Przed dworcem chmara taksiarzy chcacych naciagnac nas na kurs- tylko gdzie, skoro o tej godzinie wszystko jest zamkniete! W naszym pociagu prawie sami turysci i praiw kazdy z nich rozglada sie po peronie z pytanie wypisanym na twarzy co teraz? Hanoi do przyjazdnych dla turystow stolic chyba nie nalezy, bo nawet budynek dworca otwieraja dopiero o 6.30 rano. Postanawiamy piechota pojsc na jezioro i pociekac az sie rozwidni. Idac o tej porze po miescie mamy wreszcie okazje isc chodnikiem. Za 3 godziny bedzie to juz niemozliwe a to za sprawa tysiecy skuterow, zawartosci sklepow wylewajacych sie na zewnatrz, straganow z czym tylko sie da i ulicznyc, chodnikowych barow. W ciagu dnia setki reklam i kolorow dziajaja na twoja psychike oszalamijaco a teraz wszystko zamkniete - nawet hotele, ktorych drzwi zamkniete a na cztery spusty. Niektore z nich maja nawet szczelnie opuszczone rolety zewnetrzne - ciekawe czy w czasie pozaru zaspany recepcjonista bylby w stanie je otworzyc? Wolimy o tym nie myslec. Mimo tak wczesnej godziny wokolo jeziora juz tloczno. Setki Wietnamczykow przychodzi tu na poranna gimnastyke. Widok jest naprawde uroczy, zwlaszcza kiedy widzimy, ze w wiekszosci sa to osoby starsze. Siedzimy w ciszy i podziwiamy ich wrecz akrobatyczne wyczyny. Moje babcie pewnie popukalyby sie w czola. A tutaj te urocze staruszki rozciagaja sie jak struny kazdego dnia, w mysl przyslowia w zdrowym ciele zdrowy duch! Szacunek!!!!! Pod tym wzgledem mieszkancy Hanoi zaskoczyli nas pozytywnie. Nam pewnie nie chcialoby sie wstac tak wczesnie, bo do rannych ptaszkow nie nalezymy. A moze to jest wlasnie sekret dlugowiecznosci Wietnamczykow? Zostajemy znowu w tym samym hotelu - Tung Trang w starej czesci miasta. Hotel jest w bocznej uliczce i nie dochodza do niego zadne halasy. Tym razem czekala nas niespodzianka bo za dwojke zaplacilismy po dolarze mniej. Odpoczelismy troszke i poszlismy do Ambasady Chin po odbior naszych paszportow - naprawde darmowych dla Polakow! Tuz obok ambasady stoi pomnik Lenina i znajduje sie Army Museum, do ktorego to ochoczo podazylismy( wstep 20.000/ osoba plus 5000 za aparat). Muzeum jest sporej wielkosci i oprocz ekspozycji wewnetrznych zawiera tez autentyczne pojazdy wojskowe i samoloty w naprawde dobrym stanie. Sa tez szczatki roznych samolotow jakie Wietnamczycy zdolali zestrzelic - widac ze napawaja sie zgliszczamu, szczegolnie amerykanskich statkow latajacych. Bylismy zaskoczeni ogromna iloscia zwiedzajacych muzeum - w wiekszosci z Chin. Ciekawe dlaczego? Poszlszlismy jeszcze zobaczyc targ Dong Xuan, ktory to wedlug Lonely Planet stanowi swego rodzaju atrakcje turystyczna. Na nas nie zrobil wiekszego wrazenia, bo takich targowisk w naszym kraju sporo. Wieczorkiem posililismy sie jeszcze w naszej ulubionej knajpce Little Hanoi i po piwku Bia Hoi na rogu ulicy za 70 groszy kufel udalismy sie na zasluzony odpoczynek. Wreszcie sie wyspalismy w ciszy i spokoju. Zjedlismy pyszne sniadanie serwowane w naszym hotelu ( tylko 1$/osoba) i poszlismy na miasto. Poniewaz data naszego wylotu do Polski zbliza sie nieublaganie musimy zastanowic sie nad dostaniem sie z Hanoi do Hong Kongu. Myslelismy o bilecie lotniczym ale cena nas zrazila - okolo 300$ dla jednej osoby w jedna strone. Pozostala droga ladowa - tranzytem przez Chiny. Postanowilismy sprawdzic opcje pojechania autobusem z Hanoi do Nanning, miasta lezacego juz w Chinach. Prawie wszystkie agencje turystyczne w Hanoi posrednicza w sprzedazy biletow, ale maja tak sprzeczne informacje co do cen, ilosci autobusow i godzin odjazdu, ze postanowilismy dotrzec do zrodla i znalezc kompanie organizujaca wyjazd. Nie bylo to wcale takie trudne. Poniewaz czasu mielismy sporo postanowilismy isc tam piechota po drodze zachaczajac o park imnienia towarzysza Lenina. Aby wejsc na teren parku trzeba zakupic bilet wstepu. I tu scenka obrazujaca Wietnamczyka. Przed wejsciem do parku siedza dwie baby zprzy zardzewialym, krzywym stoliku. Kiedy tylko dwie bileterki zobaczyly nas podazajacych w ich kierunku szybko schowaly bilety do szuflady i kiedy zapytalismy ile kosztuje wstep, jedna z usmiechem odpowiada, ze po 20.000 dong kazdy (3zl). Patrzymy na nie z politowaniem. Aby upewnic sie, ze zrozumielismy cene jedna z nich otwiera szuflade i wyciaga banknot 20.000. Jej nieudolna chciwosc sprawia, ze zauwazam cene na wlasciwym bilecie w kwocie bagatela 2.000 dong. Odchodzimy na chwilke na bok by sprawdzic jaka cena widnieje w przewodniku. Niestey takich informacji bark. Podchodzi do nas motocyklista i pytamy jego o cenne biletu. Kiedy ma juz ja wymowic kwote podchodzi do nas jedna z bileterek i mowi mu cos ze zloscia. On przerywa w polowie slowa i wiemy ze nic nam nie powie bo mu tamta zabronila mowic prawde. Wkurzeni podchodzimy do mocno sfatygowanego biurka bileterki i pytamy jeszcze raz o cene. Ta swoje, ze Bilet kosztuje 20.000 dong. Mowimy do niej ze zloscia - pokaz bilet i powtarzamy to chyba z 5 razy. Ona w koncu kapituluje i ze zloscia odrywa dwa bilety po 2.000 dong i bezczelnie rzuca nasza reszte na blat. Odciagam Tomka w strone wejscia bo jest w stanie potrzasnac biedna kobietka. Spogladamy tylko na motocykliste a on patrzy na nas chwilke po czym smutno spuszcza glowe i odchodzi. To jest wlasnie kwintesencja Wietnamu. Prostactwo i chciwosc, ktora to Wietnamczycy chca ukryc pod pozorna pewnoscia siebie. Niby tacy sprytni ale... Reszte popoludnia wloczymy sie po miescie bez rzadnego celu, co meczy nas niesamowicie. Jestem przeziebiona po pobycie w Sapie i wszystko widze jak za mgla. Postanawiamy, ze zostaniemy tu jeszcze jeden dzien i mam nadzieje, ze jutro poczuje sie lepiej.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz