środa, 10 października 2007

Hong Kong - {China}

Dzisiejszy dzien uplynal na intensywnym zwiedziniu miasta. Zaczelo sie od tego, ze idac przez bazar uratowalem jeden stragan od spalenia w pore zauwazajac tlaca sie tkanine 'sufitowa', na co mala Chinka krzyknela po swojemu cos w stylu 'Lo Jezu!!!'. I poczeli gasic co sie palilo.
Centrum Hong Kongu to dzielnica Kowloon a jej scisle centrum to tzw Tsim Sha Tsui i ulica Nathan Road. Dotarlismy tam nowoczesna, sterylnie czysta kolejka podmiejska. W komunikacji mozna zauwazyc kilka ciekawostek o Chinczykach. Mianowicie ok 90% ludzi ma na reku zegarek i widac jak gdzies pedza. A ze ciagle sa nie wyspani spia w najmniej oczekiwanych miejscach i pozycjach. Moze od tego maja skosne oczy??? Inna rzecz to uzaleznienie od techniki. Kazdemu wystaje jakis kabel z kieszeni badz torby. Albo telefon, albo mini laptop, albo jakas gra wydajaca okrutne dziwieki. Pewno wszystko zrobione za miedza Made in China - skad my to znamy. Dzielnica kowloon to mnostwo lampionow, reklam, gesta zabudowa i co krok jakis natret probujacy nam sprzedac a to garnitur (rzecz niezbedna w moim przypadku), zegarek Rolex (pewno nawet nie lezal kolo Rolexa), buty, koszule, cokolwiek zeby tylko zlapac ofiare. Najlepsze wyjscie to albo ich olewac albo mowic do nich po polsku co tez z dzika pasja czynilem. W dzielnicy tej znajduje sie slawny wsrod obiezyswiatow, obrzydliwy, pelen roznego rodzaju naganiaczy Chunging Mansion. Jest to najtansza noclegownia w miescie, gdzie na kazdym pietrze mieszcza sie jakies hostele, guest housy itp. Standard jednak odpowiada w wiekszosci cenie. Na szczescie my spimy u Alana, nie dosc ze komfortowo to jeszcze za darmo.




Chungking Mansion




Nathan Road

Udalismy sie tez na aleje gwiazd gdzie spotkalismy tego oto mistrza we wlasnej osobie:



King Bruce Lee karate mistrz

A takze moglem przez chwile poczuc sie Jackiem Chanem:



Po drugiej stronie wody znajduje sie wyspa Hong Kong Island, na ktora to poplynelismy slawnym Star Ferry z przystani w Tsim Sha Tsui. Podroz trwa ok 5 minut a bilet jest tani bo tylko 2 dolary Hong Kongu czyli niecala zlotowke (1 HKD - 0.34 PLN). Hong Kong Island to dzielnica drapaczy chmur, luksusu, bankow, swiatowej finansjery i najnowszych marek samochodow i ubran.















Tu tez znajduje sie najwyzszy budynek w miescie mierzacy 420 metrow i majacy 88 pietra Two International Finance Centre. A wyglada on tak:



A ze jestem uparty postanowilem wiechac na gore. Ola we mnie nie wierzyla, ale okazalo sie to latwiejsze niz przypuszczalem. Po prostu trzeba sie zarejestrowac i wyrobic sobie jednorazowo karte odwiedzajacego i mozna wjechac na platforme widokowa na 55 pietro a wiec na ok 300 metrow ponad miasto. I tak tez zrobilismy. Nienagannie ubrany pan 'windowy' wskazal nam ta wlasciwa i bez zatrzymywania na zadnym posrednim pietrze dotarlismy na 55 pietro w okolo 15 sekund - szok! Widok na miasto z okna nieco nas powalil z nog. Tutaj mala namiastka:









Centrum Hong Kongu jest po prostu ektremalnie czyste. Na ulicy nie ma ani jednego papierka, papierosa i nic temu podobnego. Co krok jakas ekipa sprzatajaca myje a to szyby w oknach, barierki, sciany, schody ruchome. Nawet do tego doszlo, ze myja fugi pomiedzy plytkami w chodnikach:







Odwiedzilismy takze park polozony pomiedzy gigantycznym budynkami, gdzie w stawie plywaja sobie rybki i gonia sie z wieloma zolwiami wodnymi. Troche zieleni posrod drapaczy bylo prawdziwym zbawieniem:








Parkowe zakazy:


W dzielnicy wiezowcow latwo sie pogubic. ale miejscowi nie dadza nawet szansy na samodzielne odnalezienie drogi. Wystarczylo na chwile przystanac z pytajacym wzrokiem skierowanym w mape az tu nagle z nienacka zjawia sie aniol stroz ze skosnymi oczyma i pyta czego szukasz, gdzie zabladziles. Po czym ochocze wskazuje droge, sledzac cie jakis czas upewniajac sie czy stosujesz sie do jego wskazowek. Skutecznosc 80%. Jeden skosnooki za bardzo chyba zmruzyl oczy i poslal nas w zupelnie przeciwnym kierunku niz zamierzalismy isc. Zorientowalismy sie dosyc pozno takze nie znalezlismy juz tego 'pomocnika' coby nauczyc go nieco orientacji w jego wlasnym miescie.
Jako ze czas plynal nieublagalnie zmuszeni bylismy wracac na kwatere. W miedzyczasie sie sciemnilo i oto kilka ujec miasta po zmroku. Weslug mnie nie oddaja tego co widac na wlasne oczy:





Tu dwa z najlepszych zdjec jakie udalo mi sie w zyciu zrobic:





Najwyzszy to budynek przez nas odwiedzony.

Na koniec intensywnego dnia poszlismy jeszcze z Alanem na chinskie jedzenie do restauracji, gdzie jak powiedzial Alan bylismy jedynymi obcokrajowcami i ponoc kazdy na nas dziwnie patral, jakos tego nie zauwazylem. Tu mialem pierwsza w zyciu lekcje jedzenia paleczkami, niestety jeszcze mi to nie wychodzi. Ola nawet nie probowala, poddala sie w przedbiegach.

A to nasz gospodarz Alan we wlasnej osobie:



To tyle z Hong Kongu. Wrocimy tu za dwa miesiace to wtedy 'dojrzymy' go do konca...

1 komentarz:

dziunka pisze...

witajcie podrozowicze:)ciekawe macie widoki dozwiedzania nie czytalam jeszcze opisow z waszego swoedzania bo sa troszeczke dlugie a ja mam dzisiaj strasznego lenia.Strone macie lajna.Narazie nic wiecej nie napisze bo musze sie najpierw wkrecic w wasza stronice zeby cos wiecej skomentowac.Pozdrowionka i caluski od DZIUNI