wtorek, 11 grudnia 2007

Z wizyta robocza w Chinach

Postanowilismy zaczac powoli wracac do Hong Kongu. Ceny biletow lotniczych z Hanoi okazaly sie zabojcze. Taniej niz bezposrednio byloby leciec np przez Malezje albo Filipiny... Takze zdecydowalismy sie na podroz ladowa. Po poszukiwaniach w sieci dotarlem do zrodla, ktore organizuje bus do chinskiej miejscowosci Nanning. Oczywiscie WSZYSTKIE 'biura podrozy' w Hanoi tez niby cos organizuja ale oczywiscie za 2 razy drozej a poza tym nie wierze, ze to organizuja - its all about money. Zebralismy sie rankiem z naszego hoteliku i taksowka pojechalismy do miejsca skad odjezdzal autobus do Chin. Spodziewalem sie jakis turystow a okazalo sie ze jestesmy jedyni biali. Ale nic to. Podroz do granicy minela calkiem znosnie.



Wietnamska odprawa to znowu pokaz arogancji i wladzy wietnamskich celnikow. Siedza chlopiny w pokoju, ktory rownie dobrze moglby byc przebieralnia dla pracownikow na budowie. Paszport trzeba po prostu wrzucic przez male okienko i potem czekac w tlumie ludzi przyklejonych do szyby na moment az 'celnik' zainteresuje sie twoim i wezwie cie do identyfikacji czy ty to rzeczywiscie ty. I tak sie naczekalismy dobre pol godziny, w miedzy czasie jeden Chinczyk skomplementowal mnie chinskimi slowami i gestami w styly - "ale z ciebie byk". Rzeczywiscie ogromny to ja nie jestem ale przy azjatach czuje sie jak Guliwer. Dostalismy paszport, a w moim sznowny pan urzednik zapomnial wbic pieczatki, dlaczego mnie to juz nie dziwi. Takze tym razem przepchalem sie przez tlum skosnookich bez kolejki i poprosilem urzednika o pieczec. Jest. Potem jakis 100 metrow pieszo do posterunku chinskiego. WOW. Roznica ogromna! Pietrowy, nowoczesny budynek z ruchomymi schodami i innymi tego typu udogodnieniami. Pelna cywilizacja na pierwszy rzut oka. Urzednicy mili, profesjonalni, wladajacy angielskim, za przejsciem darmowy pojazd taki jaki wozi golfistow dowiozl nas do kolejnego autobusu.






Idealne chinskie autostrady

Fajnie jest w Chinach. Kolejne 150 km do Nanning minely w komfortowym busie sunacym po szerokiej, rownej, pustej autostradzie. Gdzie jest ten ponad miliard ludzi???? Za oknem tylko pusty krajobraz. W Nanning bylismy umowieni z Hayian, chinka z Hospitalityclub, ktora obiecala na nas czekac i pomoc kupic nam bilety na dalsza trase. Dojechalismy spoznieni ponad godzine nie wierzac, ze ktokolwiek bedzie na nas czekac a tu prosze. Wysiadamy i od razu przejmuje nas pewiem jegomosc, jak sie pozniej okazalo partner Hayian. Przemili ludzie. Dworzec autobusowy w Nanning jest duzy i nowoczesny ale wszystko jest dla nas nieczytelne, wszystko w chinskich krzakach. Okazalo sie, ze nie ma tu ani JEDNEGO bankomatu ani nie mozna tez placic karta. A my juanami nie smierdzimy. No to jestesmy w kropce. Hayian mysli intensywnie jak nam pomoc. Wpadaja w koncu na pomysl, ze Ola zostanie na dworcu a ja pojade z jej chlopakiem na miasto poszukac bankomatu.



To co w Europie jest oczywistoscia niekoniecznie sprawdza sie w Chinach. Przejechalismy ponad 40 km przez piekne, nowoczesne, kolorowo oswietlone, ponad milionowe miasto Nanning, az po ponad godzinie odnalezlismy bankomat Bank of China, ktory to zechcial wydac mi troche kase. URATOWANI! Ale przyznam, ze przez chwile myslalem, ze chca mnie gdzies porwac, wywiezc i zabic bo trudno bylo mi uwierzyc, ze w miescie wygladajacym jak Londyn czy Warszawa nie da sie pociagnac kasy z bankomatu. Mielismy juz kase, za pomoca Hayian kupilismy bilety na sypialny autobus do Shenzen na granicy z Hongkongiem po czym zostalismy zaproszeni przez chinskich przyjaciol na kolacje. Niesamowita goscinnosc z ich strony. Zabrali nas do nieskazitelnie czystej, perfekcyjnie urzadzonej restauracji z pianinem i spiewem na zywo. Stol nagle ugial sie od potraw. Nie powiem, zeby wszystko mi smakowalo ale przynajmniej liznelismy troche prawdziwej chinskiej kuchni. Niestety chinczycy jedza wszystko co troche przyprawialo nas o mdlosci. Rarytasem dla Hayian okazala sie glowa ryby... Beee, nie moglem na to patrzec jak wysysa rybie oczy, miala tez ochote na glowe kaczki lezacej obok mnie ale chyba sie poddala widzac nasze obrzydzenie.





Po kolacji, zabrali nas na spacerek po brzegu osietlonego milionami swiatel jeziorka w centrum, potem szybki transfer na autobus. Na koniec dostalismy buleczki na sniadanie do autobusu i pamiatkowe foldery i znaczki z Nanning. I jak tu nie kochac Hospitalityclub? Spedzilismy z Hayian i jej facetem jakies 5 godzin a potraktowali, ugoscili i pozegnali nas jak najlepszych przyjaciol. Dla takich chwil warto zyc i warto wierzyc w ludzi. Noc w sypialnym autobusie uplynela calkiem milo.









Pierwszy raz mielismy okazje podrozowac takim srodkiem lokomocji i przyznaje, ze rozwiazanie jest genialne. W srodku znajduje sie ok 30 - 40 lezanek pozwalajacych pospac duzo wygodniej niz w siedzeniu.


Dobranoc...

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

No wreszcie piszecie coś pocieszającego bo te wasze ponad dwu miesięczne wakacje kazdego zdołowały kto siedział w domu i mógł sobie tylko zdjęcia pooglądać.... a tak po prawdzie to bardzo się cieszę że wracacie bo się już..... za wami! buziaki
Ptaszki!!!!